niedziela, 26 sierpnia 2012

Przepraszam!

Przepraszam, ale rozdziału dzisiaj nie będzie ;/ wyjeżdżam i wracam jutro. Niestety w poniedziałek pojawi się siedemnasty rozdział, a następny dopiero w piątek lub sobotę, bo również wyjeżdżam. Jeszcze raz przepraszam... ; //

piątek, 24 sierpnia 2012

Rozdział 16

Tadaam!

 Po kilkunastu minutach doszliśmy do dojo. Wszyscy już tam byli, Meg gadała z latynosem, Eddie pisał SMSy, a Milton przez telefon rozmawiał z Julią. Tina stała z Daną na uboczu i coś szeptały między sobą.
  - Witam!
  - Cześć, Rudy! - powiedzieliśmy jednocześnie.
  - Wiecie po co tu jesteście? - spytał.
  - Chodzi o jezioro? - powiedział pytająco Jerry.
  - Otóż to! - krzyknął sensei - Wchodzicie w to?
 Ja, Meg, Jerry, Eddie, Milton i Jack pokiwaliśmy potwierdzająco głowami.
  - Ja i Dana też możemy jechać - wtrąciła Williamson.
  - Świetnie - ucieszył się Rudy. - Jedziemy wszyscy! Dzisiaj jest piątek, poniedziałek może być?
  - Super - uśmiechnęła się Megan.
  - Powrót w następny piątek wam odpowiada? - spytał sensei 
  - Tak - zgodziliśmy się!
  - To w takim razie dzisiaj nie będzie treningu. Widzimy się w poniedziałek o ósmej, a jeśli chcecie potrenować w weekend to przyjdźcie jutro po południu.
  - Okey, narka - pożegnaliśmy się z nim i poszliśmy.
 Ja i Jack mieszkaliśmy najdalej i na końcu szliśmy razem.
  - Słuchaj, Kim. Może byś do mnie wpadła? Rodziców nie ma, a samemu tak nudno.
  - Jasne, chodź - uśmiechnęliśmy się do siebie i poszliśmy do jego domu.
 Lubię u niego być, nigdy się nie można tam nudzić!
  - Mam pomysł - powiedziałam.
  - Jaki?
  - Nauczysz mnie grać w gry - zakomunikowałam po czym wyjęłam z szafki kilka płyt i dwa bezprzewodowe kontrolery.
- No, Kim. Wybrałaś dobrego nauczyciela - uśmiechnął się.

Pół godziny później.

  - Z prawej, uważaj! - krzyczał chłopak.
  - Dzięki - odparłam uśmiechając się. - U ciebie z tyłu są dwa!
 Tak graliśmy jeszcze dobre pół godziny.
  - Jesteś bardzo dobra, Kimi - pochwalił mnie.
  - Dzięki jeszcze raz - uśmiechnęłam się i pocałowałam go w policzek.
  - Tylko tyle? - zdziwił się chłopak i pocałował mnie w usta. Momentalnie odwzajemniłam pocałunek.
 Potem Jack wpadł na pomysł, żeby iść do mojego domu. Po kilku minutach byliśmy na miejscu.
  - Jack, Kim, nareszcie jesteście! - ucieszył się Ben.
  - To jak mały, lekcja karate? - spytałam.
  - Tak! - krzyknął.
  - No to zaczynamy - uśmiechnął się Anderson.
 Potrenowaliśmy z nim około godziny, urządziliśmy walkę, ale jak zwykle nikt nie wygrał. Jack dostał SMSa od taty, że są już w domu i, żeby też już wracał. Dał mi buziaka na pożegnanie i poszedł.
  - Co to było? - spytał zadowolony Ben.
  - Nie interesuj się - powiedziałam uśmiechnięta i pobiegłam do swojego pokoju. Usiadłam na łóżku, wzięłam laptopa i włączyłam Facebooka. Pod moim wpisem ze zdjęciem mnie i Jack'a (tym zrobionym przez Martineza) pojawiło się kilka komentarzy.
OD GRACE: Gratulacje ;* Wiedziałam !
OD MEGAN: Macie szczęście :**
OD MIKE'A: Ha! Kto by pomyślał... ;D
OD JERREGO: Whooo! Kick rządzi!
OD JACK'A: Kick?
OD JERREGO: Kim + Jack = Kick!
OD JACK'A: Okey... : )
OD TINY: Nie cieszcie się za długo... ;/
OD MEGAN: O co ci chodzi? : [[
 Tina już więcej nic nie napisała, i dobrze! Po kilku minutach zadzwoniła Grace
  - Hej, Kim! - krzyknęła.
  - Głośniej się nie dało? - spytałam ironicznie.
  - Nie przesadzaj - odparła. - Spotkamy się jutro na kawie?
  - Jasne. Gdzie i kiedy?
  - Jutro o pierwszej w kawiarni w waszej galerii?
  - Brzmi świetnie, do zobaczenia - powiedziałam.
  - Do jutra - rzuciła Grace.
 Rozłączyłyśmy się. Było chwilę po szóstej. Po chwili dobiegł mnie znajomy głos.
  - Kim, wróciliśmy - to był mój tata. Na jego słowa zbiegłam szybko na dół.
  - Hej - uśmiechnęłam się. - Co tak długo?
  - Musieliśmy dłużej zostać, a potem byliśmy jeszcze na zakupach.
  - Mów jak tam było w Paryżu - spytała mama.
  - Było... Interesująco - uśmiechnęłam się.
  - Kim ma chłopaka, Kim ma chłopaka! - zaczął śpiewać Ben.
  - Zamknij się, smarku! - syknęłam.
  - Kimberly, nie mów tak do brata - oczywiście musiała użyć imienia "Kimberly"!
  - Greg wypakuj zakupy z auta - nakazała kobieta, a mój tata spełnił jej polecenie.
  - Dobra, mała. Kim jest i czy go znam?
  - Co? - nie miałam ochoty opowiadać jej o Anderson'ie - Nie wiem o czym mówisz.
  - Ja myślę, że wiesz - uśmiechnęła się lekko. - Powiedz...
  - Okey - westchnęłam. - Tak, mam chłopaka i tak znasz go - to Jack.
  - Jack Anderson? - zdziwiła się.
  - Tak, a co? - odparłam.
  - Nic. Cieszę się. Zawsze mówiłam, że do siebie pasujecie.
  - Serio?
  - Nie, ale tak myślałam.
  - Super - westchnęłam. - Jest jedna sprawa.
  - O co chodzi?
  - No bo w poniedziałek Rudy organizuje pięciodniowy biwak na jeziorem. Mogę jechać?
  - Przecież dopiero co wróciłaś z Paryża!
  - No wiem, ale tak baaardzo chcę jechać! Proszę.
  - Zgoda - uśmiechnęła się.
  - Dzięki, kocham cię! - krzyknęłam i pobiegłam do pokoju. Jeszcze został niecały miesiąc wakacji, a ja zamierzam dobrze go wykorzystać. Jutro spotkanie z Grace, od poniedziałku do piątku biwak, a potem to już zobaczymy...

Koniec rozdziału!  Czy tylko ja mam takie wrażenie, że jest nudny? ;* Napiszcie czy wam się podobało !  Jeszcze muszę napisać, że następny nie pojawi się jutro tylko w niedzielę, ale wtedy będą DWA, więc to chyba lepiej ;)

Mam prośbę: wejdziecie na mojego bloga swiat-chloe i napiszecie co o nim sądzicie? Bardzo mi na tym zależy! 

Zwariowałam, bo założyłam kolejnego bloga z opowiadaniami też o Kickin It, tak od początku. Jednak tego bloga nie zawieszę, a na tamtym jak na razie nic nie będzie się pojawiać. Gdy dodam pierwszy rozdział to tutaj napiszę !

Pzdr!

czwartek, 23 sierpnia 2012

Rozdział 15

Miał być wcześniej, przepraszam ;/


Kilka dni później.

Niestety, stało się. Dzisiaj wieczorem wylatujemy do Stanów. W ciągu ostatnich dni kilka razy byliśmy w Disneylandzie, na Łuku Triumfalnym. Zaprzyjaźniliśmy się też bardziej z Francois'em i jego uczniami, a Luke przestał do mnie zarywać, na szczęście. W dniu odlotu chcieliśmy się jeszcze z nimi pożegnać. Ciężko nam to poszło, ale od czasu do czasu będziemy się kontaktować.
 Wróciliśmy do hotelu, na lotnisko jedziemy o szóstej, a teraz mamy czas na spakowanie. Mi to zajęło nadzwyczaj mało, poupychałam wszystko jak bądź, żeby tylko było. Włączyłam laptopa i GG. Akurat Grace była dostępna, napisała pierwsza.
GRACE: Hej, Kim ;D Jak tam ?
JA: Hej! A tam, nic ! Wieczorem mamy samolot ;*
GRACE: Fajnie było chociaż ? 
JA: Było super ! ; )
GRACE: Co z tb i Jack'iem?
JA: No wiesz... Normalnie ;]
 Wysłałam jej nasze zdjęcie zrobione przez Martineza.
GRACE: Wow! Wiedziałam ! :o
JA: Co wiedziałaś?
GRACE: Ty i Anderson . Pasujecie do siebie.
JA: Okey, muszę kończyć. Pogadamy w realu jak wrócę? ;*
GRACE: Jasne . Pa ! ;*

 Wyłączyłam laptopa, a po chwili wszedł Jack.
  - Co powiedz na mały spacer?
  - Brzmi świetnie, chodźmy!
 Chodziliśmy po Paryżu trzymając się za ręce. "Krótki spacerek" zamienił się w godzinną wycieczkę po mieście. Było kilka minut po piątej, a o szóstej mieliśmy przecież jechać. Chcąc nie chcąc zawróciliśmy i udaliśmy się do hotelu.


 Kilka minut później.

Już lecieliśmy. Tym razem siedzenia też były potrójne. Tina usiadła z Daną i jeszcze jakimś facetem, w końcu nie tylko my wracaliśmy do Stanów. Bobby z Rudy'm i jakąś kobietą. Eddie, Milton i Jerry siedzieli razem, a Megan siedziała ze mną i Anderson'em. Lot był niewyobrażalnie długi, przynajmniej tak mi się wydawało. Po kilku nastu godzinach wylądowaliśmy na lotnisku w Seaford.
 Z jednej strony cieszę się, że wróciłam do domu, a z drugiej we Francji było bardzo fajnie. Chciałam sama wrócić do domu, bo nikt nie mógł mnie odebrać. Było kilka minut po ósmej, a słońce już wyszło.
  - Gdzie ty idziesz? - spytał wyraźnie zdziwiony Jack.
  - Do domu? - nie wiedziałam o co mu chodzi.
  - Sama?
  - Taak.
  - Nie. Idę z tobą. Muszę cię odprowadzić - odparł uśmiechnięty.
  - Nie potrzebuję eskorty - odpowiedziałam i  też się uśmiechnęłam.
  -  Nawet mojej? - posłał mi jedno ze swych uwodzicielskich spojrzeń.
  - Nie ze mną te numery - skrzyżowałam ręce. - W sumie mógłbyś ze mną iść.
  - Nawet jakbyś nie chciała i tak bym z tobą poszedł - obiął mnie.
  - Tylko jak sobie poradzimy z tyloma walizkami? - spytałam.
  - Eee... - zamyślił się - Taxi?
  - Może być - odparłam.
 Złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy. Gdy kierowca zatrzymał się przed moim domem wzięłam walizki, pocałowałam Jack'a w policzek i ruszyłam w stronę drzwi, a on pojechał dalej. Ben spał u kolegi, a rodzice mieli do pracy na rano i jak znam życie wrócą dopiero wieczorem, więc w domu byłam sama. Zaniosłam walizki do swojego pokoju i je rozpakowałam. Byłam zmęczona tą nocą, lotem i w ogóle, więc od raz położyłam się do łóżka i momentalnie zasnęłam.
 Obudził mnie dźwięk telefonu, dzwonił Rudy.
  - Halo? - powiedziałam jeszcze nie wybudzona.
  - Kim? Hej. Nie obudziłem cię? - spytał sensei.
  - Obudziłeś - burknęłam. - Czego chcesz?
  - Ups, obudziłem dzisiaj już osiem osób - odparł.
  - Osiem? - zdziwiłam się.
  - Wszystkich z dojo, mniejsza z tym - rzucił. - Wpadłem na pomysł, żeby wszyscy moi uczniowie wraz ze mną rzecz jasna pojechali nad jezioro na biwak, pod namioty na parę dni. Wchodzisz w to?
  - Jasne, brzmi super - powiedziałam. - Obgadamy to dzisiaj w dojo?
  - Przyjdziesz za dwie godziny?
  - Przyjdę. Mogę jeszcze trochę pospać?
  - Yyy... tak jasne. Do zobaczenia w dojo.
 Rozłączyłam się i próbowałam zasnąć po raz kolejny, ale mi się to nie udało. Postanowiłam wstać i zrobić sobie coś do jedzenia.
  - Kim, cześć! Jak tam było w Paryżu? - spytał Ben, który już przyszedł.
  - Bardzo... interesująco - odparłam uśmiechnięta.
  - Też chciałbym tam pojechać.
  - Może kiedyś pojedziesz, a teraz co chcesz do jedzenia?
  - Yyy... Kanapki z nutellą! - krzyknął.
  - Okey, robi się.
 Zrobiłam mu to jedzenie, sama też zjadłam jedną kanapkę. Byłam jeszcze we wczorajszym, albo nawet dzisiejszym ubraniu, więc poszłam się przebrać. Założyłam białą, krótką spódniczkę z falbankami i szeroki jasnobrązowy pasek, turkusową bluzeczkę na ramiączka, a włosy związałam w wysoki kucyk. Poszłam do swojego pokoju i włączyłam laptopa. Na GG ktoś mi napisał, ale nie znałam tego numeru.
ON/A: Nienawidzę cię! Też jadę nad jezioro, uważaj...
 Na początku pomyślałam, że to Tina i niestety nie myliłam się. Gdy sprawdziłam ten numer pokazało mi się jej imię i zdjęcia, a opis był po prostu super! "Uważaj, Crawford! Ze mną się nie zadziera!". Nie chciałam już dłużej tego oglądać, więc wyłączyłam laptopa.Po chwili dobiegł mnie głos Ben'a, który bawił się na dworze.
  - Kim, chodź tu!
  - O co chodzi? - wystawiłam głowę za okno.
  - Jack przyszedł - oznajmił uradowany chłopak.
 Na te słowa momentalnie zbiegłam po schodach i w przeciągu kilku sekund byłam już koło nich.
  - Szybciej się nie dało? spytał uśmiechnięty od ucha do ucha Anderson.
  - Coś ty taki szczęśliwy? - spytałam również się uśmiechając.
  - Nie słyszałaś o wypadzie nad jezioro?
  - Słyszałam. Jadą wszyscy - westchnęłam. - Tina i Dana też.
  - Co cię one obchodzą? - oburzył się - Nie przejmuj się nimi.
  - Może masz rację! Z resztą może same zrezygnują...
  - Hej! - zawołał Ben - Mną nikt się już nie przejmuje?
  - Wybacz, mały - powiedziałam.
  - Po prostu musimy coś obgadać - dodał Jack.
  - Pouczysz mnie karate? - spytał chłopak.
  - Może innym razem. Musimy teraz iść do dojo - odparłam.
  - Kiedy na przykład?
  - Jutro ci pasuje? - uśmiechnął się Anderson.
  - TAK! - krzyknął.
  - Tobie to odpowiada, Kim? - zwrócił się do mnie.
  - Wpadaj kiedy chcesz i na ile chcesz - powiedziałam uśmiechnięta.
  - To chodźmy już do tego dojo - rzucił.
 Poszliśmy. Całą drogę szliśmy trzymając się za ręce i gadając. Cieszę się, bo już niedługo jedziemy nad jezioro, a tam na pewno będzie bardzo ciekawie...


Jest! Przepraszam, że tak późno, ale gdy już miałam zacząć pisać coś, albo ktoś mi przerywał. ;/ Przepraszam jeszcze raz. Kolejny najpóźniej jutro o tej samej porze. 

Mam do was prośbę. Moglibyście wejść i wyrazić opinię o moich dwóch nowych blogach? JEDEN, DWA Bardzo mi na tym zależy ; D

Dodatkowo reklama nowego bloga z opowiadaniami o Kickin It. Jego autorką jest Jess, KLIKNIJ TUTAJ, ŻEBY NA NIEGO WEJŚĆ!


Jeszcze odnośnie bloga nr JEDEN. Co wy na to, żebym skasowała ten pierwszy rozdział, fabułę, bohaterów i stworzyła zupełnie inną historię o Kickin It, tak jak na przykład Monika zrobiła? Już mam nawet gotowy pomysł. Bardzo podobny, a nawet prawie taki sam jak pierwszy rozdział. Chyba, żeby założyć czwarty blog, ale to już by była chyba przesada ;) Chociaż w sumie baardzo lubię pisać... Pzdr!

środa, 22 sierpnia 2012

Rozdział 14

Oto i on !


  - Co to miało być?! – spytałam oburzona i złapałam się za bolący policzek.
  - Rewanż – syknęła. Uderzyła pięścią w stół i już miała zamiar wyjść.
 Gdy była już przy drzwiach nagle się odwróciła, podeszła do nas i dosłownie się na mnie rzuciła! Uderzyła mnie, więc ja zrobiłam to samo. Zaczęłyśmy się szarpać, Trwał to kilka dobrych minut, na szczęście nikogo nie było oprócz nas. Jack z Jerrym kilka razy próbowali nas rozdzielić, ale jakoś nie bardzo mogli. Po kilku…nastu próbach wreszcie im się udało.
  - Puszczaj mnie, oblechu – krzyczała Tina na Latynosa. – Ty sobie nie myśl, że skończyłyśmy, flądro! – zwróciła się do mnie.
  - Oh, nie bądź taka pewna siebie – rzuciłam.
 Williamson uwolniła się z uścisku Martineza i razem z Daną wyszły ze stołówki.
  - Jack, możesz mnie już puścić – powiedziałam.
  - Jesteś pewna? – spytał  uśmiechnięty.
  - Tak, jestem - odparłam i również się uśmiechnęłam, na moje słowa chłopak mnie puścił.
  - Ale ona ma tupet - powiedział Eddie.
  - Ja się z nią kiedyś przyjaźniłam – westchnęła Megan. – Wierzyć się nie chce!
  - Tylko co ja jej takiego zrobiłam? – westchnęłam.
  - Nie przejmuj się nią tylko siadaj – powiedział Anderson.
  - Może masz rację. Nie jestem już z nią w pokoju i mam ją gdzieś!
  - Nie? – zdziwił się Milton
  - Nie. Zamieniłam się z Tiną i teraz mieszkamy razem – odparła Megan.
 Usiedliśmy przy stole i zaczęliśmy jeść. Nicols nawet zaprzyjaźniła się z chłopakami. Ucieszyło mnie to, bo teraz możemy tworzyć w miarę  zgraną paczkę.
 Skończyliśmy posiłek i rozeszliśmy się do pokoi. Ja i Jack jeszcze chwilę pogadaliśmy, ale też musieliśmy wracać do współlokatorów. Razem z Nicols urządziłyśmy sobie maraton komedii romantycznych na jej laptopie.  Oglądałyśmy może trzy, albo cztery i poszłam do swojej sypialni.


Kilka dni później

Po kilku "luźnych dniach" zarządzonych przez Rudy'ego byliśmy tylko kilka razy na spacerze koło Wierzy Eiffla. Codziennie kilka godzin spędzaliśmy w dojo, ja i Jack byliśmy na jednej randce. Dodatkowo cała nasza paczka wybrała się na dyskotekę, ale wróciliśmy przed północą.
 Dzisiaj mamy znowu zwiedzać Disneyland. Nie wierzę, że jeszcze równy tydzień i wracamy do Seaford!
 Ubrałam dżinsowe krótkie spodenki, zieloną bluzkę na ramiączka, płaskie, czarne sandały, a włosy zostawiłam rozpuszczone. Wzięłam portfel i aparat do torebki i byłam gotowa!
 Po kilkudziesięciu minutach byliśmy na miejscu. Bobby kazał nam się podzielić. Tina i Dana chciały być razem, więc tym lepiej, bo Meg chodziła z nami. Gdy dziewczyny poszły zaproponowaliśmy Rudy'emu i Bobby'emu, żeby się do nas przyłączyli. Przyznaję, że osiem osób, które są dobrymi przyjaciółmi to bardzo dobre połączenie. Porobiliśmy sobie masę śmiesznych zdjęć. Tylko ja miałam aparat, więc zdjęcia będą moje i porozsyłam je innym. Poszliśmy na tę karuzelę z końmi, pod Bobby'm się prawie załamało [hah!]. Rudy nie wiadomo dlaczego się bał i tylko robił nam zdjęcia. Zgłodnieliśmy i poszliśmy na watę cukrową. Każdy wziął jedną z wyjątkiem Wasabiego - on wziął trzy! Zjadł je szybciej niż my te swoje! Potem naszła nas ochota na te zderzające się samochodziki. Nie za bardzo umiałam na tym jeździć, ale z czasem szło mi coraz lepiej. Zostało nam pół godziny zabaw i powrót w umówione miejsce, niestety. Postanowiliśmy to wykorzystać. Powygłupialiśmy się jeszcze, a do mojego aparatu przybyło kilka zdjęć. Gdy dałam Jerry'emu aparat, bo chciał go zobaczyć to był na tyle "mądry", żeby zrobić zdjęcie mi i Jack'owi jak się całujemy. To zdjęcie jest chyba moim ulubionym. Jednak co dobre kiedyś się kończy i musieliśmy się spotkać z Tiną i Daną. Gdy tam doszliśmy już na nas czekały.
  - Chodziliście wszyscy razem? - spytała lekko podenerwowana Tina.
  - Tak, było super - uśmiechnęłam się.
  - Dobrze, że was nie było - powiedział Jack pod nosem.
  - Powtórzysz to?! - krzyknęła Dana.
  - Oczywiście, że tak - uśmiechnął się szyderczo. - Gdybyście były z nami popsułybyście nam całą zabawę.
  - Niby dlaczego? Co ja wam takiego zrobiłam? - spytała zdezorientowana Williamson.
  - Nie, nic. Jesteście takie piękne i idealne, że gdy na was patrzę mam ochotę zwrócić tą watę cukrową, którą jadłam niedawno - syknęła Meg. Zaimponowała mi. Mówiła kiedyś, że trochę się boi kuzynki, a teraz...?
  - Coś ty powiedziała?! - zdziwiła się dziewczyna.
  - To co słyszałaś - burnkęła Nicols.
  - Wiesz co ja ci mogę zrobić w szkole i poza nią? - syknęła Tina - Zniszczę cię!
  - Co mnie to?! - krzyknęła Meg - Mam teraz nowych przyjaciół. Nie boję się ciebie, modelko za dolara - wycedziła, a ja aż otworzyłam lekko usta z wrażenia. Meg ma na prawdę cięty język.
  - Jak mnie nazwałaś? - oburzyła się Williamson - Posłuchaj...
  - Już, dosyć tego! - przerwał jej Rudy.
  - Wystarczy, dziewczyny - wtrącił Bobby. - Wracamy do hotelu?
  - Możemy jeszcze iść na moment do dojo? - spytał Jerry.
  - Pewnie - uśmiechnęliśmy się wszyscy z wyjątkiem Carter i Williamson.
 Po kilku minutach byliśmy na miejscu. Zahaczyliśmy jeszcze o hotel, żeby się przebrać. Ubrałam białe alladynki do kolan, czerwoną bluzkę z krótkim rękawem, a do tego czerwone, niskie tenisówki. Włosy związałam w wysoki kucyk.
 Akurat trafiliśmy na rozpoczynający się trening.
  - Hej, mała - od razu przywitał mnie Luke. - Co tam?
  - Odwal się ode mnie! Mam cię dość - westchnęłam.
  - Dobra już - odparł zrezygnowany i poszedł w kierunku kuzynki.
 Potrenowaliśmy około godziny i wróciliśmy po hotelu. Niewiarygodne. Jeszcze tylko niecały tydzień i wracamy do domu, do Seaford...


Finito! Koniec części czternastej. Kolejny rozdział, albo dzisiaj wieczorem, albo jutro rano. Przepraszam, że nie dodawałam, ale dosłownie co kilka sekund nie było prądu, a jak włączałam komputer z  powrotem to albo znowu się wyłączał, albo nie było internetu.

Do Izki: Trzymam cię za słowo. Mają być dzisiaj TRZY rozdziały, rozumiemy się? ;P

Chciałam wam polecić moje dwa nowe blogi. Jeden graficzny: for--blogs, a drugi z opowiadaniami swiat-chloe. Byłoby mi bardzo miło, gdybyście weszli i zostawili po sobie ślad ;)


Pzdr!


wtorek, 21 sierpnia 2012

Rozdział 13

Bez wstępu ; D 
 

 Szłam, a raczej  biegłam do pokoju Jack'a, po drodze wpadłam na Milton'a i Eddie'go.
  - Co jest, Kim, gdzie się tak śpieszysz? - spytał Joens.
  - Do Jack'a. Już wszystko wiem, na razie! - pobiegłam do jego pokoju zostawiając zdezorientowanych chłopaków na korytarzu.
 Nareszcie dotarłam do drzwi. Zapukałam i otworzył mi Jerry.
  - Yo, Kim! Co tam?
  - Jest Jack? - spytałam.
  - Jack? - zdziwił się latynos.
  - No tak - powiedziałam poirytowana. - Jest czy nie?
  - Jest, wejdź. Po co ci on? Chcesz mu coś zrobić? - pytał przestraszony, bo wiedział na co mnie stać.
  - Co? Pff... Nie! - parsknęłam śmiechem - Muszę go przeprosić
  - Ty jego masz przepraszać? - prawie krzyknął.
  - Długa historia - westchnęłam i weszłam do sypialni Anderson'a.
  - Jack?
  - Kim? - zdziwił się trochę na mój widok. - Co ty tu robisz?
  - Przyszłam przeprosić - wybełkotałam. - Wiem, że to Tina pocałowała cię z zaskoczenia, gdy weszłam, a ty się tego nie spodziewałeś.
  - Skąd o tym wiesz? - lekko się uśmiechnął.
  - Megan dała mi do przeczytania jej pamiętnik - zarumieniłam się. - Wiem też, że to ona zepchnęła mnie wtedy ze schodów.
  - Czytałaś jej pamiętnik? - spytał uśmiechnięty - Jak to ona? Dlaczego to zrobiła?
  - Miałam iść do ciebie i dać ci się wytłumaczyć, a ona po prostu spanikowała i gdy chciałam jeszcze zejść coś zjeść to wykorzystała sytuację.
  - Kim, tak mi przykro - zaczął.
  - Dlaczego? - uśmiechnęłam się - To raczej mi powinno być przykro, bo ci nie wierzyłam, a miałeś rację.
  - Na twoim miejscu na pewno zachowałbym się tak samo - odparł.
  - Myślisz, że moglibyśmy spróbować jeszcze raz?  spytałam niepewnie.
  - Cóż, - uśmiechnął się szeroko - a jak myślisz? - spytał. Pociągnął mnie w swoją stronę i pocałował. Nie czekając ani chwili odwzajemniłam pocałunek. Gdy oderwaliśmy się od siebie rzuciłam mu się na szyję. Cieszyłam się, że się na mnie nie gniewa, za to, że mu wtedy nie uwierzyłam. Kilka sekund później do sypialni wszedł Jerry, a właściwie to głowa Jerry'ego.
  - Hej - powiedział nieśmiało. - Jack, stary żyjesz? - oboje parsknęliśmy śmiechem.
  - Nie, debilu, umarłem - powiedział ironicznie Anderson.
  - Haha, a na serio? Kim nic ci nie zrobiła?
  - Proszę cię, Jerry! - zachichotałam pod nosem - Wszystko sobie wyjaśniliśmy i znowu jesteśmy razem. To wszystko to jedno wielkie nieporozumienie - uśmiechnęłam się i przytuliłam do Jack'a.
  - Whooo! - krzyknął Martinez - Po raz kolejny idziemy to ogłosić!
  - Tak, jasne - rzucił Jack. - Będziemy chodzić od drzwi do drzwi, a ty będziesz mówił "Oni znowu są razem", nie?
  - Przeczytałeś mi w myślach, czy co? - spytał lekko zdezorientowany Jerry.
  - Ten pomysł odpada - powiedziałam stanowczo.
  - Za godzinę będzie kolacja, ten termin ci odpowiada? - spytał uśmiechnięty Jack.
  - Si, si - odparł latynos.
  - W takim razie ja spadam. Muszę jeszcze pogadać sobie z Tiną - pocałowałam Anderson'a w policzek. Wybiegłam na korytarz i udałam się do swojego pokoju. Wparowałam do niego jak burza i chyba przestraszyłam tym Williamson, bo ma mój widok podskoczyła gdy wychodziła ze swojej sypialni.
  - Dlaczego ty mi to robisz? - spytałam zdenerwowana. Dziewczyna chciała wyjść z pokoju, ale zamknęłam drzwi. - Nigdzie nie pójdziesz dopóki nie powiesz mi o co ci do cholery chodzi!!
  - Dobra, powiem. Nienawidzę cię! - wrzasnęła.
  - Co ja ci takiego zrobiłam? - nie wiedziałam co ma na myśli.
  - Oh, nie udawaj - syknęła. Masz wszystko. Dobre oceny, Jack'a i w ogóle. Jesteś taka wkurzająco idealna. Jesteś lepsza i powtórzę to jeszcze raz: NIENAWIDZĘ CIĘ CRAWFORD! - odepchnęła mnie na bok i wyszła jak gdyby nigdy nic.


 Pokój Dany i Megan

Williamson weszła tam bez pukania i skierowała swoje kroki do sypialni kuzynki.
  - Musisz coś dla mnie zrobić - wypaliła od razu.
  - Też cieszę się, że cię widzę - westchnęła dziewczyna. - O co chodzi?
  - Zamień się ze mną na pokoju, ta flądra znalazła mój pamiętnik!
  - Okey, przeniosę się - uśmiechnęła się lekko, Nicols też już powoli miała dosyć Dany.
  - Super, spakuj rzeczy i idź, ja też tak zrobię - rzuciła i pobiegła do pokoju.
 Meg w dwadzieścia minut była gotowa i szła z walizkami w kierunku pokoju kuzynki. Rozminęły się nawet nic sobie nie powiedziawszy i każda poszła w inną stronę.

 Wychodziłam z łazienki, a w drzwiach zastałam Megan z walizkami.
  - Po co ci to? - spytałam.
  - Tina poprosiła, żebym zamieniła się z nią pokojami i wyszło na to, że przez te dwa pozostałe tygodnie mieszkamy razem!
  - Super - ucieszyłam się. - Na szczęście nie muszę już jej znosić.
  - Ja też z Daną nie miałam lekko, nawet sobie nie wyobrażasz.
  - Teraz Dana będzie miała na głowie Tinę i jej chrapanie - uśmiechnęłam się.
  - Nie zauważy - rzuciła Meg, a ja spojrzałam na nią pytająco. - Sama nie jest lepsza - na jej słowa obie parsknęłyśmy śmiechem.
  - Jednak Tina nie dopięła swego - powiedziałam uśmiechnięta.
  - Hę? - Nicols nie wiedziała o co mi chodzi.
  - Ja i Jack jesteśmy razem, - powiedziałam znowu!
  - Serio? To cudownie! - krzyknęła Megan i uśmiechnęła się.


Czterdzieści pięć minut później

Poszłyśmy na stołówkę, a jeszcze przedtem wstąpiłam do Jerry'ego i Jack'a. Przy stoliku siedzieli już Milton, Eddie, Dana i Tina, a Megan zajęła miejsce koło chłopaków. Bobby i Rudy z tego co wiem zjedli wcześniej.
  -Whooo! Cisza - krzyknął latynos.
  - Dlaczego? - spytał Krupnick.
  - No, będzie ciekawie - uśmiechnęła się Nicols.
  - Jest ogłoszenie - dodał Jack. - Jerry baardzo chce to powiedziać.
  - Kim i Jack są znowu parą! - wrzasnął.
 Tina wstała ze swojego miejsca. Bez słowa podeszła do mnie i chciała mnie spoliczkować, ale Anderson złapał ją za rękę.
  - Wystarczy, Williamson. Za dużo już namąciłaś, nie uważasz? Myślisz, że nie wiem przez kogo Kim została zepchnięta ze schodów? - wycedził.
  - To ty?! - zdziwił się Milton.
  - Tak, ja - odwróciła się do niego, a potem w moją stronę i niespodziewanie z całej siły uderzyła mnie w policzek...


Tadaa! Kolejny rozdział gotowy :)

Jeszcze taka jedna sprawa. Bo niedługo wyjeżdżam i do tego czasu chcę dodać jak najwięcej rozdziałów. Wolicie kilka takich jak było dotychczas, czy dwa meega długie?

Dodatkowo jeśli chcecie wejść na mojego nowego bloga to zapraszam: http://swiat-chloe.blogspot.com


Może dzisiaj dodam jeszcze jeden, pzdr!

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Rozdział 12

Witam znowu!


Sypialnia Megan

Nicols od dobrej godziny zastanawiała się co z tym zrobić. W końcu Tina to jej kuzynka i do niedawna jedna z jej najlepszych przyjaciółek. Kim to jej obecna przyjaciółka, ale Williamson potrafi być nieobliczalna, przecież to było tam opisane. Ostatnio z Kim bardzo się zaprzyjaźniły, a relacje ze znajomymi są ważne. Jednak z Tiną są rodziną, a rodzina powinna się wspierać. Czytając pamiętnik kuzynki czuła się jakoś dziwnie. Wiedziała, że to nie na miejscu, ale to co tam przeczytała przerosło jej najśmielsze oczekiwania. Sama nie mogła zdecydować co zrobić, czy ją wydać, czy powiedzieć Kim o tym wszystkim. Postanowiła spytać o radę współlokatorki.

Sypialnia Dany

  - Hej, możemy pogadać? - spytała Megan.
  - Teraz? - zdziwiła się Carter - Jest po dziesiątej.
  - Wiem, ale to dla mnie ważne.
  - Dobra, mów - uśmiechnęła się przyjaźnie.
  - Gdybyś miała wybierać to po której stronie byś stanęła? Wybrałabyś rodzinę czy nową przyjaźń?
  - Chyba - po chwili zastanowienia wybrałabym rodzinę. W końcu to ona jest najważniejsza. W ogóle po co ci to?
  - Dzięki - Meg się uśmiechnęła. - Co? Aaa... Tak tylko chciałam wiedzieć.
  - Okeyy...? - dziewczyna nie wyglądała na przekonaną
  - Dobranoc - uśmiechnęła się Nicols.
  - Cześć - pożegnały się i wciąż niezdecydowana nastolatka poszła do swojej sypialni.
  - Co mam z tym zrobić? Jutro się zastanowię - powiedziała do siebie. Położyła się na łóżku i w mgnieniu oka zasnęła.



Następny dzień

Obudziłam się i od razu poszłam coś zjeść. Spotkałam tam Anderson'a.
  - Kim, możemy pogadać - spytał.
  - Niech pomyślę... NIE! - krzyknęłam. Położyłam jedzenie na stoliku i wybiegłam. Jednak po kilku sekundach chłopak mnie dogonił.
  - Proszę, tylko kilka minut!
  - Chyba już wystarczająco pokazałeś. Wiesz co jest najgorsze? Wtedy, pod
Wierzą Eiffla ci uwierzyłam, a ty wykręciłeś mi takie coś! Odwal się, Anderson – syknęłam i szybkim krokiem szłam do swojej sypialni. Zamknęłam się w niej.
  -  Eh, muszę o nim wreszcie zapomnieć, bo będzie nie fajnie – szepnęłam do siebie.


Kilka godzin później

Gdy słuchałam muzyki do sypialni weszła Megan.
  - Hej, kochana – uśmiechnęła się. – Za chwilę idziemy na Łuk Triumfalny!
  - Super – ucieszyłam się. – Poczekaj, za minutę będę gotowa.
  - Okey.
 Nicols wyszła, a ja dość szybko się uwinęłam. Założyłam krótkie, żółte, spodenki, białą bokserkę z żółtymi, niebieskimi i czerwonymi motylami, a do tego białe rzymianki na lekkiej koturnie. Wzięłam jeszcze szarą torebeczkę z kwiatkiem, a do niej telefon, aparat i portfel, a włosy upięłam w luźny kok na boku. Założyłam żółte kolczyki kokardki, wzięłam okulary przeciwsłoneczne z białymi oprawkami i byłam gotowa do zwiedzania. Meg czekała na mnie na korytarzu, jak zresztą wszyscy pozostali.
  - Błagam – westchnęła Tina. – Tyle się szykowałaś i oszpeciłaś się jeszcze bardziej niż zwykle. Jak ci się to udało?
  - Co?! – przesłyszałam się, czy ona po raz kolejny mnie obraziła? – Powtórzysz to?!
  - Chcesz to usłyszeć jeszcze raz? – uśmiechnęła się szyderczo.
  - Wystarczy już – przerwał Rudy, któremu też nie podobało się zachowanie Williamson. – Idziemy zwiedzać, czy nie?
  - Idziemy – przytaknęliśmy.
 Dojazd tam trwał pół godziny, ale warto było tyle czekać.
  - Dzieciaki, oto Łuk Triumfalny – oznajmił Bobby.
  - Ktoś wie coś o nim? – spytał nas sensei. Zgłosił się tylko Milton. – Oprócz Pana Wszystkowiedzącego – dodał po chwili, a na jego słowa wszyscy parsknęliśmy śmiechem, a rudowłosy chłopak lekko się zaczerwienił.
  - No co? To źle być wzorowym uczniem? 
  - Nie, no co ty! – powiedział Jack – Tylko ty zawsze wiesz wszystko na każdy temat. ZAWSZE – podkreślił to słowo.
  - Jestem po prostu nad wyraz inteligentny – bronił się.
  - No Okey, wystarczy już – przerwał Bobby.
  - Dobra, Milton, mów – westchnął Rudy.
 Chłopak zaczął opowiadać, a my już w pierwszych słowach przestaliśmy go słuchać. Nawet Bobby i Rudy tylko udawali zainteresowanie. Trwało to kilka dobrych minut, aż Wasabi przerwał.
  - Już wystarczy, chłopcze – przestał mówić, a my odetchnęliśmy z ulgą. Porobiliśmy sobie jeszcze kilka fotek, pochodziliśmy i poszliśmy coś zjeść. Megan była ciągle jakaś taka nieobecna.
  - Hej, Meg. Meg? NICOLS! – krzyknęłam.
  - Hmm…  Co? – widać było, że jest rozkojarzona – Przepraszam, Kim.
  - Co się z tobą dzieje? – spytałam.
  - Nie, nic – zaprzeczyła. – Po prostu muszę coś zrobić, ale nie wiem jak.
  - Może bym pomogła – zaproponowałam.
  - Nie, lepiej nie – wzbraniała się. – Muszę sobie z tym poradzić sama.
  - Dobrze, skoro tak mówisz – uśmiechnęłam się przyjaźnie.
 Wróciliśmy po pewnym czasie do hotelu i każdy poszedł do swojego pokoju.


Sypialnia Megan

Dziewczyna ciągle nie mogła się zdecydować.
  - Mam tam iść? Oddać Tinie pamiętnik, czy ją wydać i dać to jednak Kim? – pytała samą siebie. Po chwili wyszła z sypialni i skierowała swoje kroki do pokoju Kim i Tiny.

 Siedziałam na łóżku i słuchałam muzyki, gdy do sypialni bez pukania weszła Meg.
  - Hej, Kim.
  - Cześć – uśmiechnęłam się. – Co tam?
  - Muszę ci coś powiedzieć, coś bardzo ważnego – zaczęła.
  - Okey, to mów – odparłam.
  - Albo jednak lepiej będzie jeśli sama to przeczytasz – powiedziała poważnym tonem podając mi notesik.
  - To nie jest czasami… - to wydawało mi się znajome. Mały różowy zeszycik z wielką, czarną literą „T”.
  - Tak, pamiętnik Tiny – przerwała mi Nicols. – Ostatnie strony wszystko ci wyjaśnią. Muszę już iść – pożegnała się i w pośpiechu opuściła pokój.
 Pamiętnik Williamson ma mi coś wyjaśnić, tylko co? Chwilę zastanawiałam się czy go przeczytać. W końcu to czyjaś własność. Jednak zdecydowałam się to zrobić, wiem, że to chamskie, ale byłam baardzo ciekawa. Otworzyłam na ostatnich zapisanych stronach, jak kazała Meg i zaczęłam czytać. Nie mogłam uwierzyć w to co jest tam napisane. W pewnej chwili usłyszałam jak ktoś wchodzi do pokoju i szybko wyszłam z sypialni z pamiętnikiem w ręku. Tą osobą była jego właścicielka, tym lepiej.
  - Ty idiotko! – wrzasnęłam i podeszłam do niej. Emocje wzięły górę i z całej siły dostała ode mnie w policzek, dobrze jej tak! – Jak mogłaś mi to zrobić?! NIENAWIDZĘ CIĘ!! – wrzeszczałam na nią.
  - O co ci chodzi? – dziewczyna była zdezorientowana – Dlaczego mnie uderzyłaś?!
  - O co chodzi? O co chodzi? – przedrzeźniałam ją – O twój pamiętnik, idiotko – syknęłam.
  - Skąd to masz? – na jej twarzy było widać złość, a jednocześnie też i strach.
  - Co cię to? – spytałam zdenerwowana – Czy to wszystko prawda?!
  - Tak – uśmiechnęła się szyderczo – Zdziwiona?
  - ZAMKNIJ SIĘ! –krzyknęłam. Rzuciłam w nią pamiętnikiem i wyszłam. Muszę iść do Jack’a i wyjaśnić wszystko. Mam nadzieję, że ten związek da się jeszcze uratować…



Koniec części dwunastej! Przepraszam za tak późną porę, ale coś z Internetem mi nie działało ;/ Część trzynasta… JUTRO PRZED POŁUDNIEM! Nie wiem dlaczego, ale ten rozdział też zbytnio mi się nie podoba. Grunt, żeby wam się podobał :) To… Podoba się? Mam nadzieję, że tak!


Przy okazji chciałabym zareklamować bloga Idy z informacjami o Kickin It. Blog jest naprawdę dobry, ale pod postami z niewiadomych przyczyn nie pojawiają się komentarze, proszę, zmieńcie to! http://kickinit-zkopyta.blogspot.com ! Błagam, ten blog zasługuje na uwagę!


Dodatkowo: rozdziały będą pojawiały się jeszcze częściej, bo chyba niedługo wyjeżdżam i nie będę mogła ich dodawać. Mam nadzieję, że przez to się na mnie nie obrazicie :)


Ostatnia sprawa to moje wariactwo! Założyłam kolejnego bloga z opowiadaniami, jednak nie o Kickin It! Na razie nic tam nie ma, ale mam już gotowy rozdział numer jeden i to najważniejsze!


Do jutra!  


niedziela, 19 sierpnia 2012

Rozdział 11

Miłego czytania!


Na szczęście udało mi się! Następnego dnia po śniadaniu powiedziałam Rudy'emu i Bobby'emu o Disneylandzie i dojo, a oni stwierdzili, że to dobry pomysł. Idziemy po obiedzie! Nareszcie zobaczymy Disneyland! Chyba najbardziej zadowolony z naszego wyjścia był Eddie, przez cały czas gadał tylko o tym jak tam będzie super, na ilu kolejkach, karuzelach się przejedzie i tak w kółko...
  - No, dzieciaki, ruszamy - zawołał Rudy.
  - Wreszcie! - już nie mogliśmy się doczekać.
 Na początek porobiliśmy sobie zdjęcia z Myszką Micky, a ja dodatkowo kupiłam sobie T-shirt właśnie z tą postacią.. Po kilku minutach Bobby zabrał głos:
  - Za dwie godziny spotykamy się w tym miejscu. Wspólne zabawy chyba by nie wyszły - westchnął, ale w sumie miał rację. - Dobierzcie się w pary.
 Tina była z Daną, ja z Meg, Eddie z Milton'em, a Jack z Jerry'm, bo chyba już się pogodzili. Wiadomo - męska solidarność. Rozdzieliliśmy się, a we dwie zaczęłyśmy od tych śmiesznych kręcących filiżanek. Potem poszłyśmy na karuzelę z koników, też było fajnie. Porobiłyśmy sobie też kilka zdjęć, zaliczyłyśmy jeszcze kilka innych atrakcji. Kupiłyśmy sobie dodatkowo identyczne czapki z napisem "Disneyland". Gdy zgłodniałyśmy to zamówiłyśmy sobie frytki i colę, które przyniosła nam kelnerka przebrana za królewnę Śnieżkę. Niestety te dwie godziny minęły bardzo szybko. To bardzo mało czasu jak na tyle atrakcji, zanim się obejrzałyśmy musiałyśmy już wracać.
 Okazało się, że spóźniłyśmy się pół godziny i wszyscy musieli na nas czekać.
  - Nareszcie raczyłyście się pojawić - burknęła Tina. - Co tak długo?!
  - No dobra, dziewczyny, tym razem wam się upiekło, ale następnego razu nie będzie - powiedział Rudy.
  - Przepraszamy powiedziałyśmy jednocześnie.
  - Już nie ma o czym mówić - wtrącił się Bobby. - Chcecie tu przyjść jutro, albo pojutrze?
  - Tak! - krzyknęliśmy wszyscy.
  - Może być - jedynie Tina i Dana nie były zadowolone z tego powodu.
  - Jutro może zwiedzimy Łuk Triumfalny - zaproponował Milton.
  - Okey, zrobimy tak - odparł Bobby. - Teraz chodźmy do tego dojo!
 Od Disneylandu było około pół godziny drogi, ale minęło to strasznie szybko.
  - Cieszę się, że jesteście - przywitał nas Francois. - Trening już się zaczał, zapraszam. Idźcie się przebrać.
 Poszliśmy do przebieralni i po paru minutach byliśmy gotowi. Przyłączyliśmy się do treningu, który prowadzili obaj senseiowie. Viete pokazał nam nowy chwyt, a Rudy pomógł nam go udoskonalić.
 Około dwóch godzin treningu, około pół godziny walk, mających na celu wyłonienie najlepszych. Byliśmy to ja i Jack. Oboje mamy czarny pas drugiego stopnia. Walczyliśmy wiele razy, ale większość walk pozostawała nierozstrzygnięta. Dzisiaj wygram, jestem pewna! Stanęliśmy na macie, ukłoniliśmy się i zaczęliśmy walczyć. Z początku walka była wyrównana, ale potem pomyślałam sobie o tym co mi zrobił, o Tinie i o tym co między nimi zaszło. Nie wiem skąd, ale wstąpiło we mnie tyle siły, że w przeciągu kilku sekund powaliłam Anderson'a na matę. To było wspaniałe uczucie, nareszcie mogłam wyładować swoją złość. Po godzinie od naszej walki przyszedł czas na powrót. Przez te kilka godzin oprócz frytek nic nie jadłam i po przekroczeniu progu hotelu od razu popędziłam do stołówki, a w ślad za mną cała reszta. Ja zjadłam najszybciej i poszłam po swojej sypialni.

Na stołówce: 

Megan i Tina też już skończył jeść i udał się do swoich pokoi. Nicols musiała o coś zapytać kuzynkę i bez pukania weszła do jej sypialni.
  Tina? Chciałabym... - przerwała, bo zdała sobie sprawę, że dziewczyny nie ma w pokoju. Zauważyła coś na jej łóżku, mały notesik chyba pamiętnik. Z ciekawości go otworzyła na ostatnich zapisanych stronach. Zaczęła czytać i po kilku zdaniach go zamknęła.
  - Jak ona mogła?! - powiedziała do siebie, po czym w pośpiechu wyszła zabierając pamiętnik kuzynki ze sobą...


No i gotowe!Przepraszam, że taki krótki, ale chciałam uciąć w tym momencie ;* Dzisiaj chyba dodam jeszcze jeden rozdział, a jutro sobie odpocznę :) Jak wam się podoba ten? Mi tak nie za bardzo, ale następne będą chyba troszkę lepsze. Tak więc... jeśli dodam dzisiaj rozdział to dopiero albo po trzeciej, albo przed szóstą.

Dodatkowo chciałam wam polecić bloga Natalii też z opowiadaniami o Kickin it, jeszcze nic tam nie ma, ale niedługo pojawi się pierwszy rozdział ;)  Kickin It Love Story



Pzdr!


sobota, 18 sierpnia 2012

Rozdział 10

Miał być wcześniej, przepraszam .


Następny dzień:

 Obudziłam się w szpitalu. Przy moim łóżku czuwali Eddie, Jerry, Milton Megan i... Jack.
  - Patrzcie, obudziła się - uśmiechnęła się Nicols.
  - Nareszcie - Anderson odetchnął z ulgą.
  - Co się stało? - byłam zdezorientowana - Gdzie ja jestem? Co to za miejsce?!
  - Jesteśmy w szpitalu - wyjaśnił Jerry. Już miałam pytać dlaczego ja leże w ogóle na sali, ale Milton odpowiedział mi na to pytanie.
  - Miałaś wypadek, spadłaś ze schodów.
  - Jesteś trochę poobijana. Straciłaś przytomność na kilka godzin i dlatego tu jesteś - zakomunikował Jack.
  - Coś pamiętam - zamyśliłam się. - Miałam iść coś zjeść. Już schodziłam po schodach i nagle coś poczułam na plecach, jakby popchnięcie no i spadłam.
  - Dziwne... - powiedział Eddie.
  - Jak się tu znalazłam? - spytałam.
  - Jack znalazł cię nieprzytomną, skrzyknął nas i zadzwonił po karetkę - oznajmiła Megan. Na jej słowa lekko się uśmiechnęłam.
  - Jesteś pewna, że ktoś cię popchnął? - Milton chyba mi nie uwieżył.
  - Tak, jestem pewna! Wiem, co mówię - powiedziałam stanowczo. - Teraz możecie zostawić mnie na chwilę samą? Proszę...
  - Jasne - powiedziała Meg. - Wpadniemy potem.
 Muszę to wszystko ogarnąć. Jestem w szpitalu, bo ktoś mnie zepchnął ze schodów, choć może Milton miał jednak rację. Może sama straciłam równowagę...
 Sama za długo to nie byłam, bo po kilku minutach do mojej sali wparowali uczniowie paryskiego dojo razem z Francois'em, Bobby'm i Rudy'm na czele.
  - Jejku, Kim, dobrze się czujesz? - spytał lekko przestraszony Luke.
  - Wszystko jest okey - uspokoiłam go.
  - Dopiero teraz się dowiedzieliśmy - tłumaczył się Rudy. - Jack do mnie zadzwonił.
  - On mnie znalazł i wezwał karetkę - uśmiechnęłam się lekko. Jestem mu wdzięczna, ale ciągle zła o to, co mi zrobił.
  - Spotkaliśmy wszystkich na korytarzu. Powiedzieli, że ktoś cię popchnął - wtrąciła się Cleo.
  - Tak, to prawda. Poczułam wtedy jakby ktoś to zrobił - zamyśliłam się. - Tylko kto to był, może faktycznie było tak jak Milton mówił, przywidziało mi się...
  - A może - odezwał się Randy - ktoś to zrobił i to naumyślnie.
  - Kto miałby ją popychać ze schodów, debilu? - Mike trzepnął go lekko w głowę. Miał rację, kto miałby z tego korzyść? Tina...? Nie, to chyba nie ona. Już dopięła swego i odbiła mi Anderson'a, więc kto?
  - Jeśli mi się wydawało to sama straciłam równowagę - rzuciłam.
  - Witam, Kim - do sali właśnie wszedł lekarz.
  - Dzień dobry - powiedzieliśmy wszyscy.
  - Mam dobre wieści - uśmiechnął się pan Davis, bo tak miał napisane na plakietce. - Jeszcze dzisiaj wieczorem możesz wyjść - na szczęście mówił po angielsku! - Wy wszyscy ze Stanów?
  - Tak - odpowiedzieliśmy chórem.
  - Więc, Kim, wykonamy jeszcze kilka badań kontrolnych i wyjdziesz ze szpitala.
  - Wspaniała wiadomość - uśmiechnęłam się lekko.
  - Zostawię was, do zobaczenia na badaniach - powiedział i sobie poszedł.
 Za lekarzem w ślad poszli moi goście, bo nie chcieli mi przeszkadzać. Byłam sama około godziny, aż przyszła Megan.
  - Wiesz kiedy cię wypisują? - spytała od razu po przekroczeniu progu mojej sali.
  - Po kontrolnych badaniach, czyli dzisiaj wieczorem - ogłosiłam.
  - To świetnie! Przepraszam za obecność Jack'a, nie chciałam go wpuścić, ale on...
  - Spoko - przerwałam jej. - On zadzwonił po karetkę i miał prawo tu być.
  - Jesteś pewna? - dziewczyna nie była przekonana.
  - Tak - uśmiechnęłam się przyjaźnie. Po chwili doktor po raz kolejny mnie odwiedził.
  - Witam ponownie i zapraszam na badania kontrolne.
 Po godzinie byłam gotowa do opuszczenia murów szpitalnych. Wszyscy musieli przy tym być i (wbrew mnie) miałam zapewniony transport do hotelu na dodatek z kilkunastu osobową obstawą. Tiny i Dany nie widziałam w szpitalu ani razu, a gdy weszłam Williamson nie było w pokoju.
  - Jakbyś się źle poczuła to wiesz gdzie mnie znaleźć - uśmiechnęła się Meg.
  - Spoko, nic mi nie będzie - odpowiedziałam.
 Wszyscy rozeszli się do swoich pokoi, a ja weszłam do swojej sypialni. Usiadłam na łóżku, wzięłam laptopa i włączyłam GG, może będzie ktoś z Seaford... Jest Grace! Napisała pierwsza.

GRACE: Hej, kochana! Jak tam Francja?
JA: Średnio ;/ Wróciłam ze szpitala.
GRACE: Boże, co się stało!?
JA: Miałam lekki wypadek, nieważne. Pisz lepiej co tam w ciebie.
GRACE: Świetnie! Zaczęłam chodzić z Mike'm, jest mega-słodki!!
JA: Wow ; ) Gratulacje!
GRACE: Powiedz jak tam ty i Jack, hmmm... ?
JA: Co znowu ja i Jack?

 Nie chciałam jej pisać o tym co zrobił mi Anderson, więc pominęłam ten szczegół.

GRACE: No wiesz... ; ) W szkole coś było... :D
JA: Nie, nie było! Jesteśmy tylko znajomymi, NIC więcej!
GRACE: Okey, ja i tak wiem swoje. Tak sobie wmawiaj...
JA: Tak, ja też wiem swoje! Nie ma NIC między nami! ;o
GRACE: Dobra, niech ci będzie. Muszę się szykować na randkę z Mike'm, narka :*:*
JA: Cześć . ;D 

Grace Kinght i te jej "przypuszczenia". Jednak jest w tym trochę racji. Jack zrobił to co zrobił, ale tak łatwo nie da mi się o nim zapomnieć. To jest silniejsze ode mnie. Musiałam coś zrobić, żeby o tym nie myśleć i wpadłam na pomysł, żeby iść do dojo. W drodze do drzwi zadzwonił telefon.
  - Hej, Kim - to była Megan.
  - Cześć, co tam?
  - Nie miałabyś ochoty przejść się ze mną do dojo?
  - Właśnie miałam tam iść - uśmiechnęłam się. - Za minutę koło schodów?
  - Jasne, narka!
 Rozłączyłam się i wyszłam, żebyśmy razem udały się do Francois'a. Gdy tam doszłyśmy trwał sparing Cleo i Jess.
  - Witam mieszkanki Stanów - przywitał nas Viete. - Zainteresowane walką?
  - Oczywiście - odparłyśmy jednocześnie.
  - Kim, już ci lepiej? - Luke od razu do mnie podbiegł.
  - Już mi lepiej - powiedziałam.
  - W takim razie - zaczął Randy - walczysz ze mną?
  - Spoko - uśmiechnęłam się. - Już przegrałeś.
  - Uważaj! - powiedział z udawanym gniewem i zaraz po tym parsknął śmiechem.
 Poszliśmy na matę i ukłoniliśmy się. Trwało to może dwie minuty... wygrałam! Po kilkudziesięciu minutach musiałyśmy z Meg już wracać. Mimo początkowej niechęci banda Francois'a wydaje się być całkiem w porządku. Jutro poproszę Rudy'ego, żebyśmy pojechali do Disneylandu, a potem do dojo. Oprócz przyjaciół z Paryża zaprzyjaźniłam się też z Meg. Ona różni się od Tiny i Dany. Bardzo się różni...


Koniec. Jakiś taki nudnawy i o niczym ;/ Mam nadzieję, że inne będą lepsze ! Przepraszam, że tak późno, ale jakoś tak wyszło. W Krakowie było... tak sobie. 8 godzin nudy ;/ 15 minut na caały Rynek, a 30min na całą galerię Krakowską, WTF?! Tyle czasu na tyle rzeczy? O nieee.... ;/

Następny rozdział jutro z samego rana ;)


Do napisania !

czwartek, 16 sierpnia 2012

Rozdział 9

Obiecałam no i jest !


W pokoju Jack'a.

Gdy chłopak leżał na łóżku i zasmucony myślał o dzisiejszych wydarzeniach w hotelu, do jego sypialni bez pukania wparowali zdenerwowani chłopcy.
  - Co to ma być, Anderson?! - Eddie był na niego wściekły.
  - Niech zgadnę, gadaliście z Kimi?
  - Kimi?! - krzyknął Jerry - Dla ciebie to jest panna Crawford!
  - To nie było to na co wyglądało - zaczął się tłumaczyć.
  - Oh, zamknij się! - wtrącił się Milton - Już nie mogę na ciebie patrzeć.
  - Okey, dosyć tego - Jack najwyraźniej miał dosyć tych oskarżeń. - Do widzenia - wyprosił ich z sypialni.

 W tym samym czasie Tina chciała jeszcze raz wejść do pokoju, ale byłam nieugięta. Chyba dała sobie spokój, i dobrze! Po kilku minutach ktoś zapukał. Odruchowo krzyknęłam:
  - Nie, Tina. Idź sobie!
  -To nie Tina - to była Megan. - Kim, otworzysz?
  -Po co tu przyszłaś? - trochę zdziwiła mnie jej wizyta.
  - Porozmawiać. Proszę!
  - Dobrze, na chwilę - odparłam i przekręciłam klucz, żeby otworzyć. Weszłyśmy do mojej sypialni.
  - Jak się trzymasz? - spytała.
  - A jak ty byś się trzymała, gdyby twój chłopak, a którym ci bardzo zależy wykręcił taki numer?
  - Wybacz, wygłupiłam się - posmutniała.
  - Nie no, spoko. Nikt nie potrafi się bardziej wygłupić niż ja - uśmiechnęłam się lekko.
  - Hę?
  -Widziałaś np.: jak tanczę? - obie lekko zachichotałyśmy.
  - Widzisz? Od razu lepiej, nie?
  - Może trochę - przytaknęłam. - Mogę cię o coś spytać?
  - Pewnie, że tak - uśmiechnęła się przyjaźnie.
  - Nie, żebym miała coś przeciwko twojej wizycie, ale dlaczego tu przyszłaś?
  - Jakoś tak wyszło. Tina działa mi na nerwy, wszystko co chce to zawsze dostaje. Odbiła mi chłopaka - posmutniała. Kilka razy!
  - Rozumiem cię. W takim razie dlaczego się z nią przyjaźnisz? - spytałam.
  - Wiem na co ją stać. Poza tym to moja kuzynka, nie chcę mieć wroga w nieobliczalnym członku rodziny - przewróciła oczami.
  - Kuzynka? - zdziwiłam się - Nie wiedziałam.
  - Nieważne, możemy zmienić temat?
  - Jasne - odparłam. - Idziemy się przejść?
  - Spoko, chodź - uśmiechnęła się.
  - Poczekasz chwilkę? Muszę się ogarnąć - kiwnęła głową, a ja poszłam do łazienki zmyć pozostałości po tuszu do rzęs.
 To był raczej długi spacer, bo od razu po nim szłyśmy na kolację. Nie chciałam widzieć Jack'a, ale musiałam przecież coś zjeść. Megan o tym wiedziała i dlatego odesłała mnie do pokoju, a sama przyniosła mi jedzenie. Chwile potem pogadałyśmy i poszła z powrotem do Dany. Podczas naszej nieobecności Tina weszła już do swojej sypialni, a gdy zamknęłam drzwi za Meg wyszła z niej.
  Kochana, tak mi przykro, ale wiesz... Mnie i Jack'a już od dłuższego czasu coś do siebie ciągło - powiedziała z chytrym uśmieszkiem.
  - Zamknij się, flądro - wycedziłam i zamknęłam się w sypialni. Nie dość, że odbiła mi chłopaka to jeszcze będzie się tym chwalić. Nie wiem jak to zniosę, ale przez najlbliższe trzy tygodnie będę z nią mieszkać. Muszę przestać się zadręczać. Nie mogę tak przejmować się zwykłym łamaczem serc i podrywaczem. Od samego początku mogłam przewidzieć, że tak to się skończy. Poszłam do łazienki i zrobiłam sobie lekki makijaż. Przebrałam się w jeansowe rybaczki i białą bluzeczkę z krótkim rękawem z napisem "Jestem grzeczna dziewczynka... czasami" i wyszłam z pokoju hotelowego, na korytarzu spotkałam Megan.
  - No brawo - uśmiechnęła się. - Nie wyglądasz źle!
  - Dzięki? To chyba był komplement.
  - Chyba tak. Chodźmy na stołówkę. Zgłodniałam, a ty?
  - Heh, ja też - uśmiechnęłam się.

Na stołówce:

  - Chłopaki, to nie tak - Jack próbował się wytłumaczyć.
  - Oh, proszę - odezwał się Milton. - Jesteśmy przyjaciółmi. Chociaż z tego powodu mógłbyś nie kłamać w żywe oczy.
  - Ja nie kłamię - zdenerwował się chłopak. - A zresztą wy i tak macie już o mnie własne zdanie - burknął i wstał od stołu. Przy drzwiach natknął się na mnie i Megan.
  - Kim, pozwól mi wytłumaczyć - zaczął.
  - Tu nie ma już czego tłumaczyć - syknęłam. - Idź lepiej do tej swojej Tiny.
 Ja i panna Nicols poszłyśmy do chłopaków, a zrezygnowany Anderson chyba do pokoju. Wzięłyśmy coś do jedzenia i zajęłyśmy miejsce przy stole. Eddie, Jerry i Milton byli lekko zdziwieni obecnością Meg.
  - Kim, co ona tu...? - spytał po chwili latynos.
  - Odwalcie się od niej. Megan jest w porządku - broniłam jej.
  - Nieważne - Krupnick zmienił temat. - Jak się trzymasz?
  - Już lepiej. Dzięki, że tak się mną przejmujecie - uśmiechnęłam się przyjaźnie.
  - Yo! Jesteśmy przyjaciółmi, a zasady Wasabi'ego mówią jasno, że przyjaciół w potrzebie się nie zostawia, a kłamca nie jest prawdziwym przyjacielem.
  - To prawda, przyjaciele sobie pomagają i zawsze staną za tobą murem - dodał Eddie.
  - W takim razie mogę was o coś poprosić? Pójdziecie ze mną do dojo? Muszę przeprosić Luke'a.
  - Jasne - odezwali się jednocześnie.
  - Mogę też iść? - spytała nieśmiało Megan.
  - Oczywiście - uśmiechnęłam się do niej przyjaźnie.

W dojo: 

 Wszyscy byli zajęci treningiem do czasu naszego przyjścia:
  - Po co tu przyszliście? - burknęła Cleo.
  - Chciałam przeprosić Luke'a - zaczęłam.
  - No, powinnaś - wtrącił się chłopak.
  - Wiem. Przepraszam, trochę mnie poniosło - uśmiechnęłam się lekko. - Na serio, przykro mi.
  - Okey, było minęło. Już nieważne - odwzajemnił mój uśmiech. Zostaniecie na treningu?
  - Nie, musimy już wracać. Rudy i Bobby nie wiedzą, że tu jesteśmy. Możemy przyjść jutro? - spytałam.
  - Jasne, że tak - dodała Jessica.
  - No to cześć. Musimy już iść - powiedział Eddie.
 Pożegnaliśmy się z nimi i wróciliśmy do hotelu. Wszyscy poszliśmy do swoich pokoi. Weszłam do sypialni, ale od razu z niej wyszłam, bo chciałam jeszcze iść po coś do jedzenia i załatwić pewną sprawę.
  - Gdzie idziesz? - spytała Tina.
  -Coś zjeść - poinformowałam ją. - Potem jeszcze... do Jack'a. Chyba muszę pozwolić mu się wreszcie wytłumaczyć, żeby dał mi spokój.
 Po raz kolejny miałam zamiar zejść schodami i już miałam po nich schodzić, gdy poczułam, że ktoś mnie popycha. Sturlałam się aż na sam dół. Więcej nie pamiętam, bo urwał mi się film...


Rozdział praktycznie jeden po drugim :) Muszę jeszcze dodać, że kolejne dwa w sobotę i niedzielę. Co myślicie o dziewiątym rozdziale? Wczoraj miałam wielką wenę i w niecałe 1,5h napisałam dwa całe rozdziały... mam ich już 15 :) Zostało mi jeszcze 6 do napisania tutaj, a teraz zabieram się za kolejne :)

Przepraszam tak wgl, że rozdział dopiero teraz, ale byłam na zakupach po buty i pozostałe książki do szkoły. Ja nie chcę iść do pierwszej gimnazjum! A propos zakupów, kiedy w galerii była cukiernia i lody to moja kochana mamusia zamiast "zabajone" przeczytała "zajebiste" :P


Do soboty !

Rozdział 8


No i jest !

Od rana chciałam jechać do tutejszego dojo, ale Bobby i Rudy ustalili, że udamy się tam po obiedzie. Te kilka godzin minęły szybko. Najpierw śniadanie, ale w sumie nikt nie jadł… Potem poszłam na chwilę do Jack’a, razem zeszliśmy na obiad, bo trochę się u niego zasiedziałam. Po jedzeniu nareszcie pojechaliśmy do dojo. To niby kilka dni bez treningu, ale tak bardzo mi tego brakowało. Gdy doszliśmy już trwał trening. Przyłączyliśmy się do niego.
  - No, kociaku, jesteś niezła – Luke zaczął się do mnie przystawiać. Spławiłam go, czymś w rodzaju „Spadaj na drzewo, chłopczyku”, a dłonie Anderson’a zacisnęły się w pięści. Wolałam nie ryzykować, bo doskonale wiem na co g stać.
 Tina coś szeptała z Daną, a Meg trenowała razem z nami. Francois powiedział, że jesteśmy bardzo dobrzy, a jego uczniowie powinni się od nas uczyć. Rudy wpadł na pomysł, żeby dwie najlepsze osoby z dojo stoczyły ze sobą walki, a zwycięzcy potem ze sobą. Najlepsi od nas to ja i Jack, a od nich byli to Cleo i Luke. Na początek walczyli oni. Nie trwało to za długo, bo chłopak był znacznie lepszy od kuzynki. Potem przyszła kolej na mnie i Anderson’a. Ukłoniliśmy się i się zaczęło. W pierwszych sekundach chłopak nie dawał z siebie maxa, ale potem to się zmieniło i powalił mnie na matę. Luke dziwnie się na niego popatrzył, chyba był zły, że przegrałam. Jack uśmiechnął się do mnie i podał mi rękę. Odwzajemniłam jego uśmiech i złapałam się jej, żeby wstać. Po chwili chłopaki zaczęli walczyć. Kuzyn Cleo był nawet dobry, ale to mój chłopak wygrał. Banda z Paryża nie była zadowolona z tego powodu. Luke’owi bardziej niż przegrana walka przeszkadzał mój pocałunek z Jack’iem.
  - No, no. My nie okazujemy uczuć w taki sposób – wtrącił się. – Jednak nic by się nie stało, gdybyś okazała taką czułość mi – uśmiechnął się jak głupek i nadstawił usta.
  - Takie czułości jak te? – spytałam i z całej siły uderzyłam go w policzek, że aż spadł. Wszyscy z Seaford parsknęli śmiechem, niestety przyjaciołom Michael’a nie było do śmiechu.
  - Co to ma być? – spytał chłopak, gdy już wstał z maty.
  - Kim, chyba przesadziłaś – wtrąciła się Cleo.- Nie sądzisz?!
  - Nie, nie sądzę – odparłam. – Luke się do mnie przystawiał to dostał za swoje.
  - To nie jego wina – teraz odezwał się Mike. – Nie musiałaś od razu tak reagować.
  - Okey, - powiedziałam poirytowana – po pierwsze, to jest jego wina! Po drugie, jakby się nie przystawiał do by chyba nie dostał!
  - Co ty sobie w ogóle myślisz?! – Jessica również była zła – Że przyjechałaś na wycieczkę i jesteś nie wiadomo kim, do cholery?!
  - Przepraszam? – Jack się wtrącił – Nie życzę sobie, żebyś mówiła do mojej dziewczyny w taki sposób!
  - Posłuchaj mnie – powiedział Luke. – Nie masz prawa mówić do nas w ten sposób. Poza tym twoja dziewczyna już niedługo może nie być twoja – uśmiechnął się szyderczo i puścił do mnie oczko.
  - Dość tego, przegiąłeś! – wrzasnął Jack  i rzucił się na Luke’a. Zaczęli walczyć, ale ja i Cleo w porę ich rozdzieliłyśmy.
  - Ty, chłopczyku! – krzyknęła dziewczyna w stronę Anderson’a – Jeżeli jeszcze raz tkniesz mojego kuzyna to pożałujesz!
  - Lepiej trzymaj język za zębami – rzuciła Megan [!]. – Nie myśl, że skoro należysz do tego dojo to możesz zachowywać się jak królowa! Coś ci jeszcze powiem, jesteś deb…
 Odciągnęłam ją na bok. Nawet mnie to zdziwiło, że stanęła w mojej obronie.
  - Spokojnie, opanuj się – uśmiechnęłam się lekko.
  - Okey, spróbuję.
  - Może lepiej chodźmy – rzucił Jerry. – Za długo przebywamy z tymi idiotami.
  - Mógłbyś powtórzyć? – spytał zdenerwowany Mike.
  - Jasne, wariaci! Wariaci i idioci! – krzyczał Jerry.
  - Rudy, Bobby – zawołał ich Eddie.
  - Tak? – Wasabi wyszedł jako pierwszy.
  - O co chodzi? – sensei zaraz po nim
  - Chcemy wracać! – powiedzieliśmy wszyscy stanowczo – Tu nie ma dla nas miejsca.
 Rudy i Bobby spojrzeli na siebie dziwnie, ale bez słowa zabrali nas do hotelu. Wtedy zaczęły się pytania.
  - Ktoś mi to wytłumaczy, słucham?
  -Długa historia – powiedział Jack. – Muszę już iść do pokoju – pocałował mnie w policzek i poszedł. To samo zrobiliśmy i my.  Weszłam do sypialni i wyjęłam laptopa. Tina nie wróciła do naszego pokoju, a ja postanowiłam iść do Jack’a. Jerry poszedł do Milton’a i Eddie’go, więc myślałam, że chłopak będzie sam. Weszłam do jego sypialni, bo drzwi były otwarte i zastałam go… całującego się z Tiną! Nie zauważyli mnie i po krótkiej chwili się od siebie oderwali.
  - Powaliło cię? – oburzył się Jack.
  - No, przestań – odparła Tina. – Nic się nie stało.
  - Nie rozumiesz, że mam dziewczynę?!
  - Raczej miałeś – wtrąciłam się  w końcu, a z moich oczy popłynęły łzy.
  - Kim, to nie tak – zaczął się tłumaczyć.
  - Zamknij się, Anderson! To koniec – krzyknęłam i wybiegłam. Po drodze spotkałam Jerry’ego.
  - Yo, Kim! Co jest? – zdziwił się.
  - On… Ona… Oni… Nieważne – bełkotałam przez łzy i pobiegłam do sypialni i zamknęłam ją na klucz.
  - Jack pobiegł za mną, ale jego też zatrzymał Martinez.
  - Stary, coś ty jej zrobił? – w jego głosie słychać było niezadowolenie.
  - Nic, to był wypadek – rzucił tylko i pobiegł pod mój pokój.
  - Kim, otwórz.
  - Nie, odejdź! – mówiłam przez drzwi.
  - Proszę, zrozum! To nie tak jak myślisz!
  - Nie obchodzi mnie to. Jak mogłeś mi to zrobić? A ja głupia ci wtedy uwierzyłam, nie chcę cię znać! Nienawidzę cię! – wrzasnęłam. On już potem się nie odezwał, ale chyba jeszcze chwilę postał pod drzwiami.

Na korytarzu:

 Tina chciała iść do pokoju, ale natknęła się na wracającego stamtąd Jack’a.
  - Witam, skarbie. Na czym skończyliśmy? – podeszła bliżej niego.
  - Zwariowałaś?! – zdenerwował się chłopak.
  - Nie rozumiem.
  Wiesz co? Odwal się ode mnie – powiedział i odszedł.
 Martinez w tym czasie zdążył już powiadomić Eddie’go i Milton’a. Williamson chciała wejść do pokoju, ale wrzasnęłam zza drzwi, żeby poszła do Jack’a. Leżałam na łóżku i płakałam, wtedy ktoś zapukał. Podeszłam do drzwi i krzyknęłam:
  - Odwal się Anderson!
  - To nie on – dobiegł mnie znajomy głos. – Tylko Jerry, Eddie i Milton.
  - Idźcie sobie, błagam.
  - Kim, otwórz – poprosił latynos.
 Nie miałam siły się z nimi użerać, więc po prostu otworzyłam. Wparowali niemal jak burza:
  - O co wam poszło? – od razu wypalił Ed.
  - O nic nie poszło. Nie pokłóciliśmy się.
  - To? – Jerry bardzo chciał wiedzieć.
  - Widziałam jak… całował się z Tiną – wybełkotałam i znowu się rozpłakałam.
 Na chwilę zapanowała cisza, a zaraz potem chłopaki ruszyli do drzwi. Wiedziałam, że idą do niego. Nawet nie próbowałam ich zatrzymywać, bo dobrze wiedziałam, że przyniosłoby to odwrotne skutki…



Nareszcie :) Wiem, że jest trochę nudny i na dodatek krótki, jak poprzedni, ale za to przepraszam. Kolejny miałam dodać jutro, ale cały dzień będę na wycieczkę i w zamian za jutrzejszy brak dzisiaj pojawi się jeszcze jeden :D

środa, 15 sierpnia 2012

Ogłoszenie !

Witam!



  WAŻNE!
W związku z nadchodzącą szkołą rozdziały wraz z pojawieniem się jej będą w roku szkolnym. Na wakacjach będę dodawała teraz opowiadania najczęściej jak to możliwe, żeby nie opuszczać akcji. Od następnego tygodnia wyjeżdżam, ale w jednym dniu postaram się opublikować cnm. jeden rozdział. Dzień rozpoczęcia roku będzie w tym samym czasie w moim opowiadaniu. Od teraz (nie wliczając następnego tygodnia i piątku, bo jadę wtedy na wycieczkę) rozdziały będą pojawiały się bardzo często!


To tyle :) Jeśli zdążę to dzisiaj opublikuję może kolejny rozdział !



wtorek, 14 sierpnia 2012

Rozdział 7

 Trochę wcześniej :D
 Kolejny, zapraszam ! Dzisiaj wprowadzone będą nowe postacie.


 Mówią, że godzina to nawet dużo czasu, ale nam to minęła niczym jedna minuta, Pokręciliśmy się trochę po parku, poszliśmy coś zjeść, ale cały czas miałam jakieś dziwne uczucie. Kiedy kilka razy się odwróciłam wydawało mi się, że widzę Tinę. Jednak, gdy po chwili powtarzałam tę czynność dziewczyna się chowała i chyba wydawało jej się, że przestałam ją widzieć. Po upływie wyznaczonego czasu poszliśmy pod Wierzę, a Bobby i Rudy już na nas czekali. Co dziwne Tina przyszła osobno, kilka sekund za nami, a Dana i Megan z przeciwnego kierunku i nieco później. Może ta dziewczyna to rzeczywiście była ona, a może to tylko przypadek.
 Chwilę jeszcze pochodziliśmy, a potem wróciliśmy do hotelu. Na następny tydzień mamy zaplanowane kilka dni luzu i zwiedzanie Łuku Triumfalnego, ale jeśli uda nam się ubłagać Bobby'ego to pójdziemy też do Disneylandu. Tymczasem poszliśmy do stołówki. Gdy kończyliśmy jedzenie przyszedł do nas Rudy:
  - Witam. Nie brakuje wam czasami treningów karate? - spytał.
  - Nawet bardzo - powiedzieliśmy wszyscy z wyjątkiem Tiny, Dany i Megan.
  - W takim razie jedziemy do dojo Bobby'ego Wasabi'ego w Paryżu To tylko kilkanaście minut drogi stąd.
  - Super - ucieszyliśmy się wszyscy z wyjątkiem panny Williamson i panny Carter.
 Po ok. 0,5h byliśmy na miejscu. Na szczęście sensei tamtego dojo znał nasz język.
  - Witam ludzi z Usa - przywitał nas. - Jestem Francios i pochodzę z Nowego Yorku. Moja matka była stąd, a ojciec ze Stanów - po co on nam to w ogóle mówi?
  - Miło mi. Jestem Rudy, ich sensei - przedstawił nas.
  - A ja jestem...
  - Bobby Wasabi! - Francois zapiszczał jak mała dziewczynka. Jeszcze chwilę sobie pogadali, a my zaczęliśmy trening. Wszyscy byli zajęci walkami, jednynie panna Williamson i Dana pisały SMS-y, nawet Megan poprosiła Miltona o sparing... wygrała! Ona na prawdę różni się od reszty dziewczyn, jest milsza, nie leci tak na Anderson'a i chyba jedyna chce się uczyć karate, nawet nieźle jej to wychodzi.
 Podczas dalszego treningu do dojo weszła piątka nastolatków na oko w naszym wieku. Dwie dziewczyny i trzech chłopaków. Dziwnie się na nas popatrzyli, chyba pomyśleli, że jesteśmy francuzami. Jeden z chłopaków podszedł do mnie:
  - Mmm... Fajna laska.
  - Odwal się, mam chłopaka! - syknęłam.
  - Ooo... Czyli mamy ludzi z Usa - wtrąciła się jedna z panienek. - Cześć, jestem Cleo. To jest Jessica, tamci to Randy i Mike, a ten co do ciebie zarywał to mój kuzyn, Luke - wskazywała po każdym, po kolei. - Jesteśmy ze Stanów, ale przenieśliśmy się tutaj z różnych powodów.
  - Cześć - uśmiechnęłam się. - Jestem Kim, a to Jack, Jerry, Milton, Eddie, Megan, Dana i Tina.
  - Super - Cleo również się uśmiechnęła. - W Francji wy jesteście...
  - Mamy miesięczną wycieczkę zafundowaną przez Bobby'ego Wasabi'ego - wyjaśnił Jack.
  - Bobby Wasabi?! - zdziwiła się Jessica - Znacie go? Jest tutaj?!
  - Tak, znamy go - wtrącił się Jerry.
  - Tak, jest tu - dorzucił jeszcze Eddie.
  - Może, zmieniając temat, urządzimy sparing? - spytał Luke.
  - Dobry pomysł. Tylko trzy osoby od nas nie będą walczyć - powiedziałam.
  - Ja nie muszę! - powiedzieli jednocześnie Tina, Dana i... Milton? Może nie chce się ośmieszyć, no bo tak w sumie za dobry to on nie jest i pewnie nie chce tego pokazywać przy innych.
  - Okey, jak tak - powiedziałam. - Kto pierwszy?
  - Ja chcę - zgłosiły się jednocześnie Jess i Megan.
 Co dziwne, podopieczna Francois'a miała zielony pas, znak, że jest bardzo dobra, a i tak ledwo, ledwo co wygrała z Nicols. Dziewczyna jest o wiele lepsza niż nam się wydaje. Gdy wrócimy, Rudy musi chyba zrobić jej test o żółty pas, albo nawet o czerwony jak nie o jeszcze inny. A propos walk, to po dziewczynach walczyli Jack i Randy. Chyba można było domyślić się kto wygra. Następnie Cleo i Eddie - dziewczyna w pierwszej minucie powaliła go na matę. Moja walka z Luke'm zakończyła się szybką porażką chłopaka, a Jerry z drobnymi trudnościami, ale powalił Mike'a.
  - Macie talent. Zwłaszcza ty, Kim i Jack - zwrócił się do nas Michael.
  - Yo! Jack jest mistrzem świata karate juniorów, wygrał walkę ze złamaną ręką i prawie spadł z Muru Chińskiego, a poza tym oboje z Kim mają czarne pasy drugiego stopnia - pochwalił nas Jerry.
  - Wow - wszyscy uczniowie tego dojo byli pełni podziwu. W większości do Anderson'a.
 Pogadaliśmy jeszcze chwilę, a z biura ich senseia wyszli Bobby i Rudy, no i oczywiście Francois.
  - Umówiliśmy się, że możecie tu przychodzić kiedy chcecie. Co wy na to? - spytał Wasabi.
  - Dla mnie spoko - powiedziałam.
  - Zgadzam się z Kim - powiedzieli chłopcy chórem.
 Pożegnaliśmy się ze wszystkimi i poszliśmy z powrotem do hotelu. Jutro, zamiast "luźnego dnia" odwiedzimy to dojo. Trochę się zasiedzieliśmy, od razu po powrocie poszliśmy na stołówkę, bo było po ósmej.
  - Nie chcę tam już wracać, było beznadziejnie - westchnęła Tina.
  - No, totalnie - dodała Dana.
  - Przestańcie, nie było tak źle. Gdybyście też walczyły może miałybyście inne zdanie - wtrąciła Meg.
  - Fajnie było. Jutro idziemy też? - spytałam, żeby upewnić to, co ustaliliśmy przedtem.
  - Jasne - powiedzieli wszyscy z wyjątkiem Tiny i Dany.
  - Okey, na razie - rzuciłam, gdy skończyłam jeść i udałam się do pokoju. Posiedziałam chwilę na laptopie, popisałam ze swoim chłopakiem na GG. Zanim się obejrzałam było już po dziesiątej, więc postanowiłam położyć się spać. Jutro do dojo, fajnie. Tylko Luke jest jakiś dziwny, gdy walczyłam z nim jakoś dziwnie się na mnie gapił. A w ogóle co on mnie obchodzi?!

Sypialnia Tiny:
 Dziewczyna siedziała na swoim łóżku i pisała coś w swoim kolorowym pamiętniku. Po chwili zamknęła go i również postanowiła położyć się spać. Gdy przykryła się kołdrą powiedziała do siebie:
  - Uważaj, Crawford. Zemsta będzie słodka...



No, napisałam! Nareszcie. Dziękuję za tyle motywujących komentarzy, pod poprzednimi rozdziałami. Dzięki nim zaczęłam już pisać trzynasty rozdział! :)

Kolejny w sobotę, bo w piątek jadę na wycieczkę (jednodniową, niestety) do Krakowa. Mogę zagwarantować, że będzie ciekawie w dalszych częściach.

Jeszcze chciałabym wam polecić dwa blogi. Jeden jest olci242, też z opowiadaniami o KICK. Rozdziały są bardzo ciekawe i pełne akcji >>klik<<    Drugi to pamiętnik, na onecie. Jest mój, ale pisze o nim, bo jest bardzo "opuszczony". Prawie nikt na niego nie zagląda >>klik<< Jest tam notka o moim ostatnim pomyśle, napiszecie  w komentarzach co o nim sądzicie?


Pzdr. Do następnego rozdziału !
 


niedziela, 12 sierpnia 2012

Rozdział 6


Zapraszam na kolejny :)
  Po śniadaniu poszłam do pokoju, gdzie potkałam się z pierwszymi uszczypliwościami ze strony Tiny.
  - Panna Crawford, witam. Proszę uważać… Paryż jest pełen niebezpieczeństw. Wszystko może się zdarzyć – uśmiechnęła się szyderczo.
 Nie wiedziałam o co chodzi, więc ją zignorowałam i poszłam do łazienki umyć ręce. Odkręciłam kurki i zostałam oblana wodą. Nagle weszła Williamson.
  - No, co się stało? Uważaj – syknęła i odeszła.
  - Tak, to będzie długi miesiąc – powiedziałam do siebie. Wyszłam z łazienki i poszłam do sypialni po jakieś inne ciuchy, gdy ktoś zapukał do drzwi hotelowych.
  - Hej, Kim – to był Jack.
  - Cześć – uśmiechnęłam się.
  - Yyy, Kimi? – dziwnie się na mnie popatrzył.
  - Co?
  - Jesteś mokra. Czemu?
  - Tin coś majstrowała przy kranie i jak chciałam umyć ręce to… no, można się domyślić – westchnęłam.
  - Okey, rozumiem – odparł. – Znasz powód tego, co ci zrobiła?
  - Tak. Ty i ja. Zabujała się w tobie i jest zła, że jesteśmy razem.
   -Serio jej się podobam? – uśmiechnął się – Dobrze, że ona mi ni.
  - To dla mnie nawet lepiej – uśmiechnęłam się i pocałowałam go lekko.
  - Idziemy się przejść? – spytał.
  - Spoko, tylko się przebiorę. Nie będę chyba chodzić w takim stanie po Paryżu.
  - No nie. Idź.
 Poszłam do pokoju, a Jack poczekał przed drzwiami mojej sypialni. Po kilku minutach do pokoju weszły Tina, Dana i Megan.
  - To jest nasz pokój. Tu – wskazała palcem jest moja sypialnia, a te drzwi to sypialnia tej flądry i – przerwała, gdy zobaczyła Anderson’a.
  - Słuchaj! Kim to moja dziewczyna i nie życzę sobie, żebyś ją tak nazywała, jasne? – powiedział stanowczo – A tak w ogóle to was nie powinno tu być!
  Jednak tu jesteśmy i pogódźcie się z tym – krzyknęła Dana. – OBOJE!
 W tym samym czasie wyszłam z sypialni:
  -To co, idziemy? W ogóle to gdzie… - przerwałam bo zobaczyłam tamte trzy.
  - Tak, Kim. Chodźmy – Anderson pociągnął mnie za rękę, chyba wiedział, że miałam ochotę otworzyć na nich buzię. Znał mnie i wiedział, że mogę być wobec nich taka cięta jak on wobec nauczycieli. Kilka razy tak było. On od nauczyciela dostaje kozę za odzywki, a ja od nauczycieli… w sumie to samo, ale za bójkę z inną panną spowodowaną moimi docinkami, ale to one mnie prowokowały!
 Z Jack’iem miło spędziłam cały dzień. Rudy powiedział, że od jutra zaczynamy razem zwiedzać, więc postanowiliśmy wykorzystać jak na razie ostatni wolny dzień. Na początek poszliśmy pod Wierzę Eiffla, potem na crousanty, potem po prostu przejść się po parku. Najlepsze było to, że nie znaliśmy francuskiego. Gdy ktoś coś gadał i pokazał nam aparat to było wiadomo o co chodzi, ale gdy jakaś babka zaczęła coś krzyczeć i wymachiwać rękami to zgłupieliśmy. Następnie jeszcze kilka zdjęć, chwila spaceru i zanim się obejrzeliśmy nastał wieczór, a dokładniej 22:00. Hotel był otwarty do północy.
 Gdy weszliśmy do niego weszliśmy poszłam do pokoju, a on jeszcze do Miltona i Eddie’go. Drzwi od pokoju były zamknięte, a Tina chyba miała klucz. Zaczęłam pukać, a po chwili walić w drzwi:
  - Williamson, otwieraj! Wiem, że tam jesteś, nie bądź dzieckiem!
  - Za późno przyszłaś – powiedziała zza drzwi. – Otwieram rano, dobranoc.
 Wiedząc, że nic już nie zdziałam, poszłam do Jack’a, który już na szczęście wrócił od chłopaków.
  - Hej, co tam? Tęskniłaś? Coś długo się nie widzieliśmy – uśmiechnął się.
  - Mam do ciebie prośbę – powiedziałam.
  - O co chodzi?
  - Mogę dziś u ciebie spać? Tina nie chce mnie wpuścić.
  - Jasne, wchodź. Nie będziesz spać na korytarzu.
  - Dzięki, nie wiem co bym bez ciebie zrobiła – uśmiechnęłam się.
  - Ja też nie wiem – uśmiechnął się również.
  Było po 22:00, Jerry chyba już spał, a Jack zaprowadził mnie do swojej sypialni, a po drodze wziął ze sobą chipsy i colę. Usiedliśmy na jego łóżku i zajęliśmy się oglądaniem filmu na jego laptopie. Chyba go nie dokończyliśmy, bo oboje zasnęliśmy. Co za ironia, zupełnie tak jak wtedy, gdy został u mnie na noc, obudziłam się przytulona do niego.
  - Cześć, piękna – uśmiechnął się. – Już trzeci raz śpisz na moim ramieniu.
  - Trzeci? – zdziwiłam się.
  - No tak. Wtedy jak u ciebie, w samolocie i teraz.
  - A no tak, samolot – przypomniałam sobie. – Chyba muszę już iść, Tina może otworzyła.
  - Spoko, ale wiesz, zawsze możesz tutaj wpadać na noc.
  - Wiem, bądź pewny, że takie sytuacje będą się zdarzały. Teraz naprawdę muszę iść.
  - Spoko, nie zatrzymuję cię.
  - To cześć – pocałowałam go w policzek.
  - Narka.
 Miałam szczęście, Jerry jeszcze spał. Wyszłam z ich pokoju i udałam się do własnego, mając nadzieję, że Tina w końcu przestanie zachowywać się jak bachor. Za pukałam i otworzyła, na szczęście:
  - Dobrze się spało na korytarzu? – syknęła gdy zobaczyła mnie w drzwiach.
  - Nie spałam na korytarzu – wycedziłam.
  - Doprawdy? A gdzie? – Williamson wydawała się być zdziwiona.
  - U mojego chłopaka – syknęłam i poszłam do pokoju. Gdy wyszłam do razu na mnie naskoczyła:
  - Jak to u niego? Kto ci pozwolił?! – nie mogła pohamować się ze złością.
  - On sam – odpowiedziałam triumfalnie. – Pogódź się z tym – dodałam jeszcze i wyszłam na śniadanie zostawiając zdenerwowaną Tinę stojącą w drzwiach. Wybrałam schody zamiast windy, żeby zejść na dół. Zeszło trochę dłużej, ale jakoś nie przepadam za windami. Nie wiem czemu, klaustrofobii przecież nie mam. W stołówce było tylko kilkoro francuzów i… Jack.
  - Witam ponownie – uśmiechnęłam się.
  - Cześć, siadaj. Tina cię wpuściła?
  - Tak, ale nie była zadowolona, że u ciebie spałam – w tym samym momencie weszły panna Williamson i koleżanki.
  - Jack – zapiszczała dziewczyna i zajęła miejsce po jego prawej. Dana po jego lewej, a Meg usiadła po drugiej stronie stołu.
  - Hejka, dziewczyny – na twarzy chłopaka pojawił się grymas niezadowolenia. – Jej, już mi przeszedł apetyt, a tobie, Kim? – chciałam się odezwać, ale mnie uprzedził – Nie? Super, chodź! – nie czekając na reakcje żadnej z dziewczyn po prostu wziął mnie za rękę i wyszliśmy ze stołówki. Po drodze do pokoi spotkaliśmy Bobby’ego.
  - Witam was! Przekażcie innym, że za 0,5h zaczynamy wspólne zwiedzanie.
  - Właśnie od nich wracamy – wzbraniał się Jack.
  - Ruch to zdrowie – zawołał Wasabi. – Już, idźcie!
 Nie mając zbytniego wyboru zeszliśmy na dół po raz kolejny, na szczęście cała nasza banda już tam była. Anderson ogłosił to, co powiedział nam Bobby i każdy poszedł do swojego pokoju nie dokańczając nawet śniadania. Przebrałam się, wzięłam torebkę, a do niej aparat, portfel i telefon i byłam gotowa w niecałe 20 minut. Wyszłam na korytarz i spotkałam wszystkich oprócz Tiny i Dany, nawet Megan była przed nimi. Musieliśmy jeszcze na nie poczekać, ale po kilku minutach wyszły. Obie założyły wyzywające stroje i nałożyły mocną tapetę. Nie wiem komu by się to mogło podobać…
 Na początek poszliśmy pod Wierzę Eiffla. Bobby zarządził, żeby na nią wejść. Okey, widok był super. To jest za dużo; jestem na wycieczce w Paryżu, związałam się z Jack’iem i w ogóle tyle się ostatnio wydarzyło. Z zamyśleń wyrwał mnie głos senseia.
  - Kim! Kim!
  - Co? – nie wiedziałam o co mu chodzi.
  - Oprzytomniej. Słuchałaś tego, co mówiłem?
  - Nie – zmieszałam się. – Przepraszam, mógłbyś to powtórzyć?
  - Eh, - westchnął – jasne. Musicie utworzyć grupy, będziecie w nich zwiedzać okolice i spotkamy się tu za godzinę.
  - Okey – uśmiechnęłam się lekko.
  - Kim, chodzimy w piątkę? – spytali chłopcy chórem.
  - Pewnie, że tak!
  - To dobrze, spotkamy się za godzinę w tym miejscu – Bobby zabrał głos. – Do zobaczenia.
 Na jego głos wszyscy się rozeszli. Pierwszy oficjalny dzień zwiedzania Paryża czas zacząć!


Łii… Napisałam! Muszę się pochwalić, że jestem już w połowie dziesiątego rozdziału :) !
Mam małego doła, bo wczoraj były Dni Rymanowa i oczywiście musiał padać deszcz. Dzisiaj będzie InoRos i nie wiadomo, czy też się nie rozpada ;/ Eh…

Odnośnie bloga: nowy rozdział w środę, albo w czwartek, a post na blogu http://for--blogs.blogspot.com będzie jutro, albo pojutrze.

Zanim jeszcze zapomnę to zgłosiłam się, a właściwie blog do oceny, już się boję. Ale Okey, więcej niż oceny dopuszczającej się nie spodziewam :D

Byłoby mi też bardzo miło, gdybyście dodawali się do obserwatorów. Mogę odwdzięczyć się tym samym :) Jednocześnie dziękuję za te 14 komentarzy pod poprzednim rozdziałem, one naprawdę motywują, żeby napisać ten przeklęty dziesiąty rozdział, który tak szczerze mi średnio idzie :/ Jakoś sobie poradzę, mogę to zagwarantować !

+ uaktualniłam naszych bohaterów, trochę będzie można się dzięki temu dowiedzieć o dalszej akcji.