poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Rozdział 4


Zapraszam na kolejny .


 Następnego dnia w szkole Eddie, Jerry i Milton od razu na nas naskoczyli:
  - I co? Gdzie jedziemy?!
  - Spokojnie. Wszystkiego dowiecie się dopiero w dojo – powiedziałam.
 Lekcje ciągły się w nieskończoność, każde z nas chciało już wyjść ze szkoły. Ja i Jack na każdej lekcji gadaliśmy, a Jerry wysyłał nam liściki typu „Powiedzcie!!!”. Tina jakoś dziwnie na mnie patrzyła i wysłała Anderson’owi liścik, ale oczywiście zdanie: „Co wymyśliłeś z tą flądrą?” musiało się pojawić. Już drugi raz mnie tak nazwała, ale Okey. Przynajmniej już za kilka dni jadę do Paryża… z nią, kurde!
 Ostatnie dwie lekcje ciągnęły się chyba w nieskończoność. Najpierw babka od matematyki tłumaczyła jak to algebra jest potrzebna do życia, a potem na niemieckim był test. Nie martwię się, bo ja i Jack dostaniemy to samo. Ściąganie służy, gdy ktoś czegoś nie umie, a osoba obok wręcz przeciwnie. Chociaż w sumie to żadne z nas nie umiało aż tak wiele. Nareszcie, dzwonek! Eddie, Jerry i Milton wybiegli z klasy jako pierwsi, a my spokojnie szliśmy, Tina jeszcze chwile została. Trójka chłopaków była w dojo w 15 minut, a drugie tyle musieli na nas czekać. Gdy doszliśmy i my, Bobby i Rudy już na nas czekali.
  - Gdzie pojedziemy? – Milton pierwszy się odezwał.
  - Paryż! – powiedzieliśmy jednocześnie,
 Na nasze słowa Bobby szepnął coś naszemu senseiowi i na chwilę wyszedł.
  - Tak, tak, tak!! – krzyknęli jednocześnie Jerry, Milton i Eddie.
  - Disneyland – dodał jeszcze Jones.
  - Wieża Eiffla – zaraz po nim Krupnick.
  - Miasto miłości… - rozmarzył się Martinez.
  - No, no – Rudy wreszcie się odezwał. – Bardzo dobry wybór!
 W tej samej chwili do dojo wszedł Bobby:
  - Dobrze, wszystko załatwione. Lecimy w poniedziałek o 15:30 pierwszą klasą. Hotel jest niedaleko Wierzy Eiffla. Jedziemy tam na miesiąc, a resztę przekaże wam Rudy, do poniedziałku – tymi słowami zakończył, wskoczył do swojej wanny i odjechał.
  - Teraz kilka słów ode mnie – nasz sensei zabrał głos. – Na początek chcę was poprosić o przekazanie informacji trzem nowym uczennicom, Jack, to będzie twoje zadanie. Podróż będzie trwała kilka godzin, więc czy ktoś z was ma chorobę lotniczą? – pokręciliśmy przecząco głowami – Dobrze. Wasi nauczyciele zostaną poinformowani i szybciej dostaniecie świadectwa. Bagaże zanosicie tutaj przed lekcjami, na pierwszą możecie się spóźnić. Pamiętajcie, żeby po zakończeniu zajęć od razu przyjść do dojo. Nie zapomnijcie o dokumentach, pieniądzach i telefonie. Jakieś pytania?
  - Ja mam – odezwałam się. – Dlaczego Bobby funduje nam taką wycieczkę?
  - Sam nie wiem – zmieszał się Rudy. – Powiedział, że nam się to należy. Jeszcze ktoś? – nikt nie miał pytań. Okey, jak chcecie to już idźcie – po tych słowach sensei zniknął w swoim biurze, Chwilę potem przyszły Tina, Dana i Megan. Jack wszystko im wyjaśnił, a one od razu wybiegły podekscytowane. Chociaż w jednej rzeczy się z nimi zgadzam, mianowicie Francja to super pomysł! Ja, Jack, Paryż… no i inni.
 Wróciłam do domu, a rodzice już wszystko wiedzieli. Cieszyli się tak samo jak ja.
 Cały sobotni ranek przeleżałam w łóżku, tylko czasami wstawałam do łazienki, po jedzenie i kawę mrożoną, kocham ją! Wzięłam laptopa do rąk i przeglądałam strony ze śmiesznymi filmikami i zdjęciami. Weszłam też na Twitter’a, żeby napisać o Europie. Jack i Jerry już o tym ćwierknęli. Wpis Anderson’a: „ Paryżu, „Banda Wasabiego” przyjedzie w poniedziałek… wraz z nieproszonymi gośćmi”, miał chyba na myśli Tinę, Danę i Megan. Wpis Jerrego: „ Choreografia zwala z nóg! Cały Paryż padnie mi do stóp!”. Heh, wszyscy tylko o jednym. Nie dziwne, to FRANCJA!
 Gdy słuchałam sobie Adele do mojego pokoju weszła mama:
  - Kim, ja, tata i Ben jedziemy do babci, wrócimy wieczorem. Na pewno nie chcesz z nami jechać? – pokręciłam przecząco głową – Cały dom jest na twojej głowie, do jutra!
  - Pa, mamuś – odpowiedziałam.
 Już 12:00, na wymyślny obiad nie miałam ochoty, więc zrobiłam sobie naleśniki z owocami, które szybko zniknęły. 14:00 – nudyy… Może trzeba było do babci jechać? Niee… Lepiej posiedzę na video-chacie. Włączyłam kamerkę i… kogo tu widzę, Jack. Zaprosiłam go do rozmowy.
  - Strzałka, Kim – zaczął.
  - Hej, Jack – odpowiedziałam. – Co tam u ciebie?
  - Nawet nie pytaj, straszne nudy! Rodzice wybyli, wrócą jutro wieczorem.
  - Ja mam tak samo. Cała chata wolna, brak rodziców, brak Bena. Słuchaj, może byś wpadł? Skoro obojgu nam się nudzi…
  - Spoko pomysł – uśmiechnął się. – Będę za 1h, muszę jeszcze coś załatwić.
  - Okey, do zobaczenie.
  - Cześć – wyłączył się.
 No i przez najbliższe godziny nuda mi nie grozi! Dopiero teraz zorientowałam się, że jestem jeszcze w piżamie i na dodatek nie poczesana. Szybko poszłam się ogarnąć. Anderson przyszedł nieco wcześniej:
  - Mmm… Pizza! – przywitałam go w progu.
  - A jak? Nie wypada z pustymi rękami przychodzić – uśmiechnął się.
  - Wchodź – również się uśmiechnęłam.
 Gdy byliśmy w środku naszło nas na TV. W HBO leciało „Moja niania jest agentem”, więc zaczęliśmy oglądać i zjedliśmy tą jego pizzę.
 Po skończonym filmie poszliśmy do mojego pokoju.
  - Zobaczymy do netu? – zaproponował.
  - Okey, możemy tak zrobić. Chcesz coś do picia?
  - Masz czarne Frugo?
  - A mam.
  - Poproszę.
 Anderson dostał picie i zasiedliśmy przed monitorem. Patrzyliśmy na YouTube, ale szybko nam się znudziło, więc poszliśmy na świeże powietrze, Miałam rozłożoną siatkę do siatkówki i zaczęliśmy grać. Sześć setów na dziesięć wygrał on. Przyjechał na desce i zaproponował, że mnie trochę pouczy. Według niego coraz lepiej mi szło. Zanim się obejrzeliśmy była 21:40. Jack chciał już iść, ale go powstrzymałam i poszliśmy oglądać razem jakiś film. Leciała „Piła”. Gdy było strasznie to się do niego tuliłam. Jemu się to chyba podobało, bo zawsze wtedy mnie obejmował. Zamówiliśmy sobie jeszcze jedną pizzę i wzięliśmy po puszce Coli. Niestety, filmu do końca nie dooglądaliśmy, bo obojga nas zmorzył sen. Ja zasnęłam przytulona do niego.
 Rano obudziliśmy się dość szybko, uśmiechnęliśmy się do siebie i wstaliśmy.
  - Dobrze ci się na mnie spało? – spytał.
  - A wiesz, że nawet bardzo?
  - Cieszę się. Mogę wziąć szybki prysznic?
  - Jasne, schodami w górę i drugie drzwi z prawej.
  -Dzięki.
 Anderson poszedł do łazienki, a ja do pokoju się przebrać i uczesać. Piętnaście minut później poszliśmy do niego, żeby też się przebrał, a potem do Phill’a na „śniadanie”. Po drodze wstąpiliśmy na chwilę do dojo, a zaraz po tym z powrotem do mnie. Jack chciał zobaczyć co biorę do Francji. Komentował każdy top i spodenki i w ogóle każdy ciuch, który wkładałam do walizek. Wzięłam je dwie i jeszcze torbę podróżną. Dodatkowo małą torebkę na portfel i takie tam. Śmiał się też z mojego zdjęcia w paszporcie, nic dziwnego. Gdyby to było cudze zdjęcie wybuchnęłabym śmiechem! Potem przyszedł czas na rewanż, on się od tego wzbraniał, ale i tak postawiłam na swoim. Poszliśmy do niego, ale on ma super pokój. TV na własność, no, no. Tak samo jak ja wziął torbę podróżną, ale tylko jedną walizkę. Nie powiem, żeby nie miał fajnych ciuchów. Pomogłam mu wybrać sporą ich część, jednak z jego zdjęcia nie mogłam się śmiać. On musi być taki fotogeniczny?!?!
 Potem naszło nas, żeby iść na korty tenisowe, a potem na jakiś obiad, bo było po 14:00. Doszliśmy, wypożyczyliśmy rakiety i zaczęła się gra.
- No, Kim! W tenisie idzie ci o wieeele lepiej niż na desce.
  - To chyba nie trudne. W skateboarding’u jestem beznadziejna!
  - Nie jest źle. I nie mówię tego dlatego, że cię lubię – krzyknął mi z drugiego końca kortów.
  - Dzięki – odkrzyknęłam.
  Graliśmy ok. 1,5h. Gdy skończyliśmy poszliśmy na ten „obiad”, albo raczej na gofry z bitą śmietaną i owocami. Dostaliśmy zamówienie i zajęliśmy już ostatni wolny stolik. Sami długo nie pobyliśmy, bo w tej samej kawiarni były też Tina, Dana i Megan, które dosiadły się do nas, gdy tylko zobaczyły, że siedzimy prze stoliku.
  - Hej, Jack’ie – zapiszczała Tina - … i Kim – to już powiedziała z mniejszym entuzjazmem. Od kiedy tu jesteście? Byliście na kortach?
  - Tak, graliśmy w tenisa – odpowiedział Anderson. – Jesteśmy tu od 14:00.
  - Fajny dzień – rzuciłam i uśmiechnęłam się. – Właściwie dwa.
  - Ile czasu spędziliście już razem? – spytała wyraźnie poirytowana Dana.
  - Wczoraj Jack przyszedł do mnie po południu – zaczęłam.
  - Chwilę na powietrzu, potem zasnęliśmy przy oglądaniu horroru…
  - Rano Jack pomógł mi się spakować, poszliśmy do niego i ja pomogłam jemu się spakować. Potem do Phill’a, do mnie, do niego i tutaj,
  - Wychodzi na to, - stwierdził Anderson – ze w swoim towarzystwie jesteśmy już ponad 14h – uśmiechnął się do mnie.
 Tina nie była z tego zadowolona, każdy kto na nią spojrzał, mógł zauważyć, że jest zła. Megan na szczęście zaczęła gadać o wyjeździe:
  - Więc… Jak tam przed wycieczką?
  - Całkiem dobrze – ja i on odpowiedzieliśmy jednocześnie. Meg różniła się trochę od tamtych dziewczyn, była jakby… milsza?
 Zjedliśmy gofry i szybko się  stamtąd ulotniliśmy. Gadać zaczęliśmy dopiero po opuszczeniu terenu kawiarni:
  - Tina Williamson – zaczął Jack. – Mam jej dość! Czy ona musi jechać z nami?!
  - Spokojnie Jack’ie. Mi też się ten pomysł nie podoba, ale skoro należą do dojo to wycieczka też im się należy, niestety.
  - Wiem, wiem… Co teraz robimy? – zmienił temat.
  - Nie wiem – zamyśliłam się. – Pójdziemy do dojo?
  - Okey. Jakoś muszę to odreagować.
 Gdy doszliśmy, Rudy powoli się zwijał. Chwilę powalczyliśmy, ale szybko musieliśmy się zwijać. Mama zadzwoniła do mnie, że już wrócili. Idąc, Jack był jakiś poważny, coś mi w nim nie pasowało. Gdy dotarliśmy pod mój dom nagle się zatrzymał:
  - W czwartek, w dojo chciałem ci coś powiedzieć, ale przyszła Tina…
  - Powiedz mi to teraz – uśmiechnęłam się lekko.
  - Kim, ja…
  - Kimi! Kimi! – nagle dobiegł nas głos mojej mamy.
  - Czego?! – zadarłam się chyba na cały głos.
  - Chodź do domu!
  - Eh, wołają mnie – Jack posmutniał. – Możesz powiedzieć mi jutro?
  - Jasne, cześć – uśmiechnął się, a ja pocałowałam go w policzek i uciekłam do domu. Gdy po chwili wyjrzałam przez okno, on tam jeszcze był.
  - Kim, ja chciałbym ci powiedzieć, że… - mówił sam do siebie, ale zadzwonił jego telefon:
  - Jack, wróciliśmy już, ty też wracaj – to był jego tata.
  - Okey, idę – rzucił tylko i się rozłączył.
  - Trudno, Kim, dowiesz się o tym w Paryżu… - powiedział do siebie i odszedł.



Okey... napisało się ; ) W sumie to wystarczyło tylko z Word'a przepisać ;d  Dziękuję za te wszystkie miłe komentarze, one na prawdę motywują, żeby pisać dalej.  Następny rozdział będzie chyba w czwartek, albo wcześniej. Mam sporo na głowie, bo w sobotę na moim łóżku okociła się kotka. Na całe szczęście na kocu. Są cztery małe: jedno takie same z wyglądu jak ona, drugie całe czarne, a trzecie i czwarte są takie same, no może jedno jest trochę ciemniejsze, są takie słitaśnie ; **



A tak w ogóle to zastanawiam się, czy by nie założyć bloga z grafiką, instrukcjami itp. Doradzicie mi? Oczywiście przez to nie zaniedbywałabym tego bloga! Chyba rzeczywiście się na niego zdecyduję ;) Muszę to przemyśleć, ale pod uwagę wezmę też wasze zdanie, więc byłabym wdzięczna o wyrażenie ich w komentarzch.


Pozdrawiam! 

7 komentarzy:

  1. Super rozdział. A jeśli chodzi o tego bloga z grafiką i wgl to podoba mi się ten pomysł. Pozdrawiam :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawy ten pomysł z blogiem ; ) Jak się zdecydujesz to daj linka , a rozdział jak zawsze SUPER ! ;d

    OdpowiedzUsuń
  3. Super blog ! ;) Pisz dalej i nie przestawaj :* Podoba mi się Twoja strona postrzegania związku Jacka i Kim ;) Extra <3

    OdpowiedzUsuń
  4. CUdoooo <3 <3 <3
    Wstaw kiedy następny ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecież napisała że w czwartek albo wcześniej
      Alexandra PIęknooości <3

      Usuń
  5. Aaaa no kurcze, a już myślałam, że jej powie:) Już nie mogę się doczekać wyjazdu, ojjj będzie się działo (Kick) ;))) Cudnie!
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a żebyś wiedziała, że będzie się duużo działo ;)

      Usuń

Komentować ♥