sobota, 18 sierpnia 2012

Rozdział 10

Miał być wcześniej, przepraszam .


Następny dzień:

 Obudziłam się w szpitalu. Przy moim łóżku czuwali Eddie, Jerry, Milton Megan i... Jack.
  - Patrzcie, obudziła się - uśmiechnęła się Nicols.
  - Nareszcie - Anderson odetchnął z ulgą.
  - Co się stało? - byłam zdezorientowana - Gdzie ja jestem? Co to za miejsce?!
  - Jesteśmy w szpitalu - wyjaśnił Jerry. Już miałam pytać dlaczego ja leże w ogóle na sali, ale Milton odpowiedział mi na to pytanie.
  - Miałaś wypadek, spadłaś ze schodów.
  - Jesteś trochę poobijana. Straciłaś przytomność na kilka godzin i dlatego tu jesteś - zakomunikował Jack.
  - Coś pamiętam - zamyśliłam się. - Miałam iść coś zjeść. Już schodziłam po schodach i nagle coś poczułam na plecach, jakby popchnięcie no i spadłam.
  - Dziwne... - powiedział Eddie.
  - Jak się tu znalazłam? - spytałam.
  - Jack znalazł cię nieprzytomną, skrzyknął nas i zadzwonił po karetkę - oznajmiła Megan. Na jej słowa lekko się uśmiechnęłam.
  - Jesteś pewna, że ktoś cię popchnął? - Milton chyba mi nie uwieżył.
  - Tak, jestem pewna! Wiem, co mówię - powiedziałam stanowczo. - Teraz możecie zostawić mnie na chwilę samą? Proszę...
  - Jasne - powiedziała Meg. - Wpadniemy potem.
 Muszę to wszystko ogarnąć. Jestem w szpitalu, bo ktoś mnie zepchnął ze schodów, choć może Milton miał jednak rację. Może sama straciłam równowagę...
 Sama za długo to nie byłam, bo po kilku minutach do mojej sali wparowali uczniowie paryskiego dojo razem z Francois'em, Bobby'm i Rudy'm na czele.
  - Jejku, Kim, dobrze się czujesz? - spytał lekko przestraszony Luke.
  - Wszystko jest okey - uspokoiłam go.
  - Dopiero teraz się dowiedzieliśmy - tłumaczył się Rudy. - Jack do mnie zadzwonił.
  - On mnie znalazł i wezwał karetkę - uśmiechnęłam się lekko. Jestem mu wdzięczna, ale ciągle zła o to, co mi zrobił.
  - Spotkaliśmy wszystkich na korytarzu. Powiedzieli, że ktoś cię popchnął - wtrąciła się Cleo.
  - Tak, to prawda. Poczułam wtedy jakby ktoś to zrobił - zamyśliłam się. - Tylko kto to był, może faktycznie było tak jak Milton mówił, przywidziało mi się...
  - A może - odezwał się Randy - ktoś to zrobił i to naumyślnie.
  - Kto miałby ją popychać ze schodów, debilu? - Mike trzepnął go lekko w głowę. Miał rację, kto miałby z tego korzyść? Tina...? Nie, to chyba nie ona. Już dopięła swego i odbiła mi Anderson'a, więc kto?
  - Jeśli mi się wydawało to sama straciłam równowagę - rzuciłam.
  - Witam, Kim - do sali właśnie wszedł lekarz.
  - Dzień dobry - powiedzieliśmy wszyscy.
  - Mam dobre wieści - uśmiechnął się pan Davis, bo tak miał napisane na plakietce. - Jeszcze dzisiaj wieczorem możesz wyjść - na szczęście mówił po angielsku! - Wy wszyscy ze Stanów?
  - Tak - odpowiedzieliśmy chórem.
  - Więc, Kim, wykonamy jeszcze kilka badań kontrolnych i wyjdziesz ze szpitala.
  - Wspaniała wiadomość - uśmiechnęłam się lekko.
  - Zostawię was, do zobaczenia na badaniach - powiedział i sobie poszedł.
 Za lekarzem w ślad poszli moi goście, bo nie chcieli mi przeszkadzać. Byłam sama około godziny, aż przyszła Megan.
  - Wiesz kiedy cię wypisują? - spytała od razu po przekroczeniu progu mojej sali.
  - Po kontrolnych badaniach, czyli dzisiaj wieczorem - ogłosiłam.
  - To świetnie! Przepraszam za obecność Jack'a, nie chciałam go wpuścić, ale on...
  - Spoko - przerwałam jej. - On zadzwonił po karetkę i miał prawo tu być.
  - Jesteś pewna? - dziewczyna nie była przekonana.
  - Tak - uśmiechnęłam się przyjaźnie. Po chwili doktor po raz kolejny mnie odwiedził.
  - Witam ponownie i zapraszam na badania kontrolne.
 Po godzinie byłam gotowa do opuszczenia murów szpitalnych. Wszyscy musieli przy tym być i (wbrew mnie) miałam zapewniony transport do hotelu na dodatek z kilkunastu osobową obstawą. Tiny i Dany nie widziałam w szpitalu ani razu, a gdy weszłam Williamson nie było w pokoju.
  - Jakbyś się źle poczuła to wiesz gdzie mnie znaleźć - uśmiechnęła się Meg.
  - Spoko, nic mi nie będzie - odpowiedziałam.
 Wszyscy rozeszli się do swoich pokoi, a ja weszłam do swojej sypialni. Usiadłam na łóżku, wzięłam laptopa i włączyłam GG, może będzie ktoś z Seaford... Jest Grace! Napisała pierwsza.

GRACE: Hej, kochana! Jak tam Francja?
JA: Średnio ;/ Wróciłam ze szpitala.
GRACE: Boże, co się stało!?
JA: Miałam lekki wypadek, nieważne. Pisz lepiej co tam w ciebie.
GRACE: Świetnie! Zaczęłam chodzić z Mike'm, jest mega-słodki!!
JA: Wow ; ) Gratulacje!
GRACE: Powiedz jak tam ty i Jack, hmmm... ?
JA: Co znowu ja i Jack?

 Nie chciałam jej pisać o tym co zrobił mi Anderson, więc pominęłam ten szczegół.

GRACE: No wiesz... ; ) W szkole coś było... :D
JA: Nie, nie było! Jesteśmy tylko znajomymi, NIC więcej!
GRACE: Okey, ja i tak wiem swoje. Tak sobie wmawiaj...
JA: Tak, ja też wiem swoje! Nie ma NIC między nami! ;o
GRACE: Dobra, niech ci będzie. Muszę się szykować na randkę z Mike'm, narka :*:*
JA: Cześć . ;D 

Grace Kinght i te jej "przypuszczenia". Jednak jest w tym trochę racji. Jack zrobił to co zrobił, ale tak łatwo nie da mi się o nim zapomnieć. To jest silniejsze ode mnie. Musiałam coś zrobić, żeby o tym nie myśleć i wpadłam na pomysł, żeby iść do dojo. W drodze do drzwi zadzwonił telefon.
  - Hej, Kim - to była Megan.
  - Cześć, co tam?
  - Nie miałabyś ochoty przejść się ze mną do dojo?
  - Właśnie miałam tam iść - uśmiechnęłam się. - Za minutę koło schodów?
  - Jasne, narka!
 Rozłączyłam się i wyszłam, żebyśmy razem udały się do Francois'a. Gdy tam doszłyśmy trwał sparing Cleo i Jess.
  - Witam mieszkanki Stanów - przywitał nas Viete. - Zainteresowane walką?
  - Oczywiście - odparłyśmy jednocześnie.
  - Kim, już ci lepiej? - Luke od razu do mnie podbiegł.
  - Już mi lepiej - powiedziałam.
  - W takim razie - zaczął Randy - walczysz ze mną?
  - Spoko - uśmiechnęłam się. - Już przegrałeś.
  - Uważaj! - powiedział z udawanym gniewem i zaraz po tym parsknął śmiechem.
 Poszliśmy na matę i ukłoniliśmy się. Trwało to może dwie minuty... wygrałam! Po kilkudziesięciu minutach musiałyśmy z Meg już wracać. Mimo początkowej niechęci banda Francois'a wydaje się być całkiem w porządku. Jutro poproszę Rudy'ego, żebyśmy pojechali do Disneylandu, a potem do dojo. Oprócz przyjaciół z Paryża zaprzyjaźniłam się też z Meg. Ona różni się od Tiny i Dany. Bardzo się różni...


Koniec. Jakiś taki nudnawy i o niczym ;/ Mam nadzieję, że inne będą lepsze ! Przepraszam, że tak późno, ale jakoś tak wyszło. W Krakowie było... tak sobie. 8 godzin nudy ;/ 15 minut na caały Rynek, a 30min na całą galerię Krakowską, WTF?! Tyle czasu na tyle rzeczy? O nieee.... ;/

Następny rozdział jutro z samego rana ;)


Do napisania !

4 komentarze:

  1. Genialne :)
    Cały dzień czatowałam na ten rozdział xd
    Czekam na następny :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Super !
    Wcale nie nudny, tylko extra :)
    Tutaj rozwija się akcja związku Jacka i Kim (tak jakby związku :P) :)
    Czekałam na ten rozdział cały czas <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Po prostu boski . < 3
    Czekam na następny . Ja dodam jutro ; )) .

    OdpowiedzUsuń
  4. Super rozdział <3 tak samo jak Allie.c czatowałam na ten rozdział ;d wchodziłam co godzina ;*

    OdpowiedzUsuń

Komentować ♥