piątek, 22 lutego 2013

Rozdział 36

Obiecałam to jest <3 Specjalnie dla Weroniki B., o której jeszcze tutaj wspomnę xd


Zobaczyłam Stevena, który szyderczo się uśmiechał.
  - Kimmy, co jest? Nie odezwiesz się? - spytał i zaśmiał się.
  - Steven?! Co tu się dzieje? - wrzasnęłam.
  - Podoba ci się tutaj? - odparł.
  - Nie zbyt - przyznałam zrezygnowana.
  - A szkoda, bo jednak trochę tu posiedzisz - powiedział i puścił do mnie oczko.
  - Że co!? Gdzie jesteśmy ?
  - Na twoje szczęście jeszcze w Seaford - zakomunikował.
  - Chociaż tyle - westchnęłam.
  - Teraz przepraszam - rzucił, gdy dostał SMSa. - K**wa, jest źle - szepnął pod nosem, ale i tak to usłyszałam. Po chwili wyszedł - chciałam spróbować otworzyć drzwi, ale w końcu tego nie zrobiłam. Przecież i tak są zamknięte, więc po co?!
  - Znowu jestem sama - powiedziałam do siebie, gdy już sobie poszedł. Teraz wiem, skąd znam ten widok! To dom tego idioty! Inteligentne -,- Porywa mnie i przetrzymuje niecały 1km od moje domu. No takiego czegoś to nie widziałam. Ale przynajmniej mogę powiedzieć Brody'emu gdzie jestem. Wybrałam jego nr i zrobiłam tak jak planowałam. Powiedział, że coś z tym zrobi. Ciekawe o co mu chodzi...
Usiadłam pod ścianą i wzięłam łyka wody. Za kanapkę nawet nie będę zabierać, nie wiadomo co w niej jest xd Tylko co tego debila napadło? Czemu ja... Dlaczego akurat ja? Co ja mu takiego zrobiłam?!
Siedziałam tak może z godzinę lub więcej. W pewnej chwili usłyszałam znajomy głos wołający moje imię. Zaraz, zaraz... BRODY?! Tak, to on!
  - Kim ! - wołania się powtórzyły.
  - Tutaj ! - poderwałam się z miejsca i podeszłam do drzwi. Nagle się otworzyły i stanął w nich Peterson.
  - Nic ci nie jest? - spytał od razu.
  - Nie, wszystko okey - zapewniłam. - Gdzie Steven?
  - Nie wiem, nie ma go... Może wyszedł - zasugerował.
  - Może - westchnęłam. - Chodźmy stąd, nie mam ochoty spędzić tu chociaż sekundy dłużej. Dobrze, że jesteś - przytuliłam się do niego i szybko wybiegłam na dwór. Było strasznie ciemno, ale wszędzie jest lepiej niż tam!
  - Co chcesz teraz zrobić? - spytał, ale w jego głosie była... Jakby jakaś obawa przed czymś. Dziwne, ale może mi się tylko wydawało.
  - Iść na policję - syknęłam. - Już raz miałam to zrobić, ale teraz muszę! - krzyknęłam - Nie zostawię tego tak, niech mu się nie wydaje...
  - Jesteś pewna, że to dobry pomysł? - spytał - Eh, nieważne... I tak cię nie przekonam - westchnął. - Odprowadzić cię?
  - Nie, dzięki - odparłam. - Poradzę sobie, na razie - uśmiechnęłam się i skierowałam kroki w stronę swojego domu. Wspominałam, że Ben był na tyle kochany, że sam powiadomił znajomego taty o szybie? Ze względu na to, że miał u niego dług wdzięczności, szybko to załatwił. Po wybitym oknie nawet nie ma śladu!

Cicho weszłam do domu, żeby nie obudzić brata. Było po północy, a on powinien już spać. Tylko, że "powinien" to słowo kluczowe. Kiedy weszłam do salonu zastałam go w piżamie ze zgaszonym światłem, oglądającego "Kobietę w czerni". No mądre to, to nie jest xd Ben prawie ciągle zakrywał oczy poduszką. Postanowiłam dać mu nauczkę, za nie słuchanie swojej siostry :) Podeszłam do niego od tyłu. Akurat był moment tego pożaru, co jakaś dziewczynka upuszcza lampę naftową i sama się zapala. W tamtej właśnie chwili złapałam go za ramiona krzycząc "BU!" na całe gardło. Biedaczek tak się przestraszył, że zapiszczał przestraszony i przy okazji wysypał cały popcorn, który jadł. Przestał krzyczeć, kiedy mnie zobaczył. Ja tylko poszłam włączyć światło.
  - Kim! - wrzasnął - Co ty tu robisz? Chcesz, żebym tu dostał zawału!?
  - Która godzina? - spytałam, a jemu nieco mina zrzedła :) - No ?
  - Eee... No... Tego... - jąkał się.
  - Ja wiem - rzuciłam. - Taka, w której młodsi bracia śpią.
  - Dobra już - burknął i poszedł do swojego pokoju. Ja też tak zrobiłam. Nawet nic nie jadłam, nie myłam się ani nie przebrałam, tylko padłam na łóżko i od razu zasnęłam...


Koniec! Wiem, że taki nijaki, ale jest <3 Mam nowinę :) Dzisiaj się ogarnęłam i coś postanowiłam! Od next tygodnia (pierwszego weekendu po moich feriach [*]) Rozdziały bd systematyczne xd Co to znaczy? Więc... 
  - na tym blogu - raz w tygodniu i potem jeszcze w weekend
  - na leolivii - w weekend
  - na kickinit-history - w weekend 
  - na Tori - też w weekend 

Jeszcze jedna sprawa... Ostatnio pewna dziewczyna chciała zawiesić bloga, bo mało osób go czyta. Bardzo go lubię i nie chcę, żeby tak się stało. Ta laska ma imię Weronika B., a jej blog znajdziecie tutaj. Wejdźcie tam, bo blog na serio zasługuję na uwagę i większą liczbę czytelników :)
Na dzisiaj ode mnie to tyle ♥ Tylko jeszcze wspomnę, że niedawno dodałam tu nowy rozdział. Kto nie widział to zapraszam :)

środa, 20 lutego 2013

Rozdział 35

Miał być wcześniej, ale jakoś tak wyszło xd Nie dedykuję go nikomu, bo jest beznadziejny! Od razu mówię, że też trochę krótki.


Pamiętam potem jeszcze, że obudziłam się chwilę przed tym, gdy wchodzili ze mną do jakiegoś pomieszczenia. Ten chłopak cały czas mnie niósł, aż wreszcie położył na ziemi. Myślał, że ciągle jestem nieprzytomna. Po chwili znowu straciłam przytomność, ale jeszcze przed tym zobaczyłam trzy zamazane postacie. Tego faceta i chyba... Dwie dziewczyny? (i każdy wie, o kogo chodzi xd) Nie jestem pewna, kto to było, bo od razu potem znowu zemdlałam.
Obudziłam się w tym samym pomieszczeniu. Było ono... Nie duże, ale nie małe. Takie średnie. Stało tam tylko krzesło i stolik, a na min butelka wody, pusta szklanka i kanapka. Zauważyłam, że jest tam okno z kratami, więc ucieczkę mam z głowy. Znajdowały się tam też drzwi, ale to chyba oczywiste... Chciałam je otworzyć, ale... No tak, jeszcze by były otwarte -,- Na całe szczęście miałam jeszcze w kieszeni telefon. Postanowiłam do kogoś zadzwonić. Tylko go kogo... Jack? Odpada, przecież jest w szpitalu! Rodzice? Nie ma ich w domu. Zresztą to nie nowość... Ben? Tsaa... Jasne! Grace odprowadziła go do domu, bo ja chciałam jeszcze zostać w szpitalu. Na pewno teraz śpi. Poza tym... On by mi pomógł! Oczywiście. Ktoś z dojo może? Nie, prędzej poradziłabym sobie sama. Rudy? Odpada - wyjechał na tydzień z Bobby'm i Phill'em na "męski wieczór II". Jedyną osobą, która przychodziła mi jeszcze do głowy był Brody. On chyba też nie, a może jednak? Chyba to jest moje najlepsze i jedyne wyjście z tej chorej sytuacji. Muszę do niego zadzwonić...
  - Ale jak nie odbierze? Na pewno już śpi - zastanawiałam się na głos. - To nie jest dobry pomysł...
Śpi, czy nie śpi - muszę spróbować! Innej opcji nie ma. Zasięg na szczęście był. Słaby, ale przynajmniej to coś. Był tylko jeden problem: "Gdzie ja jestem?!"
Wybrałam numer chłopaka i czekałam. Myślałam, że nie odbierze, ale... ODEBRAŁ! :D
  - Halo ? - powiedział zaspanym głosem.
  - Brody, ratuj ! - krzyknęłam przestraszona.
  - Kim, co jest ? - spytał zdziwiony.
  - Nie wiem ! Ktoś mnie porwał... Nie wiem kto, nie wiem gdzie. POMÓŻ! - poprosiłam.
  - Nie martw się, coś z tym zrobić - rzucił.
  - Dobra, ale... - nie dokończyłam, bo się rozłączył.
Zresztą po co ja się łudzę? On nie wie, gdzie jestem. Nie znajdzie mnie przecież!
  - Świetnie - szepnęłam do siebie. Zaczęłam nerwowo chodzić po tym pomieszczeniu. Chciałam jeszcze raz spróbować otworzyć te drzwi, ale to nic nie dało. Podeszłam do okna i spojrzałam przez nie. Zaraz... Ten widok. On coś mi przypomina. "Pokój", w którym się znajdowałam, był... Pod ziemią. Skąd to wiem? Okno jest praktycznie na granicy z trawą, a to, co tam zobaczyłam... JA TO SKĄDŚ ZNAM! Jestem tego pewna, ale nie wiem skąd. Pięknie... Wygląda na to, że tu utknęłam. Jedyną nadzieją jest Brody, ale na niego też nie mam co liczyć. "Uważaj, Kim, bo jeszcze cię znajdzie", pomyślałam zrezygnowana. Tylko czemu ktoś to zrobił? Nie rozumiem... Wyjęłam komórkę i zobaczyłam na godzinę. Było kilka minut przed północą. Długo byłam nieprzytomna, to trzeba przyznać.
Nagle zobaczyłam, że drzwi się otwierają. Stanął w nich człowiek za to wszystko odpowiedzialny. Te same ciuchy i ten sam znajomy głos.
  - Witaj, Kim - uśmiechnął się szyderczo. Teraz już jestem pewna kto to jest! Co prawda zdjął z głowy kaptur, ale i bez tego gestu rozpoznałabym tego drania...


Ostrzegałam, że krótki i nudny xd Miał być najpierw w poniedziałek, ale go nie było. Potem miał być wczoraj, ale z komputera mnie zgonili i nie mogłam go dodać wieczorem... Następny (mam nadzieję) będzie w piątek xd
Korzystając z okazji mam trzy ogłoszenia:
1. Evelyyn Howard jednak zostaje na blogu ! Można się zacieszać xd W pewnej części ją do tego przekonałam. NAWET NIE MACIE POJĘCIA JAK SIĘ CIESZĘ! <33
2. Diana też jednak zostaje <3 Jak się pewnie domyślacie, konkurs jest odwołany! Zgłosiłam się do niego i dlatego, na jej blogu, od wczoraj jest rozdział mojego autorstwa. Nie martwcie się... Ona tam będzie pisać, nie ja! 
3. Ostatnie ogłoszenie, też dot. Diany. Założyła ona bloga, ale nie o Kick'u. O Austinie&Ally, czyli mojej, trzeciej, ulubionej serialowej parze (zaraz po Kick'u i Bori - Beck i Tori z Victorious). Oto link do tego bloga: http://austin-i-ally-romantyczna-historia.blogspot.com/

sobota, 16 lutego 2013

APEL !!

Dobra, ludy ! Lubicie tego bloga i moje pozostałe, tak ? Więc! JEST SPRAWA! Dobrze Wam znana, pewna ZAJEBISTA blogerka chce usunąć blog. Tą blogerką jest Evelyyn Howard! ZRÓBCIE COŚ!! Jej blog jest boski i ja nie dam jej odejść! Więc... Piszę do was, bo... Jeśli ona usunie to ja usunę też i to WSZYSTKIE! Teraz mnie nie obchodzą błagania "Nie, nie rób tego" i kilometrowe komentarze, jaki to ja mam wielki talent... Macie ją przekonać, żeby została. Bo... Ona usuwa bloga - ja usuwam blogi... Wtedy Olivia . ♥ też usuwa bloga (już raz tak przeze mnie zrobiła), a za mną idzie jeszcze Claudia, bo mamy pewną umowę xd Diana też wtedy usunie! Usuwam się z hoa-grafika i wtedy zostaję uduszona struną przez Trixi :* To jak ? Przekonujecie ją, żeby została, czy z tak wieloma blogami chcecie się pożegnać?!?!?! Decyzja należy do Was... Tylko i wyłącznie!

Rozdział 34

Miał być wczoraj, ale nie miałam czasu go dodać xd Już 34 ! ;O Nie myślałam, że tyle dodam! Z dedykacją dla Victorii Hope !

Byłam już w szpitalu, tym razem z Benem, bo bardzo chciał zobaczyć Jack'a. Ciągle jeszcze nie mogłam się opanować. Co ten debil sobie myślał?
  - Hej, jesteście - uśmiechnął się Anderson, kiedy weszliśmy do jego sali.
  - JACK! Co ci się stało? - krzyknął mój braciszek.
  - Nic wielkiego, mały - zapewnił. - Jutro mnie wypisują.
  - Powaga? - ucieszyłam się i podeszłam do niego.
  - A jak ! W ogóle to dzięki, że zadzwoniłaś do moich rodziców - odparł, a ja usiadłam na skraju szpitalnego łóżka.
  - Chyba powinni wiedzieć, że ich syn wylądował w szpitalu, prawda? Kiedy przyjechali?
  - Jakieś pół godziny temu - rzucił. - Mama zaczęła cię wychwalać pod niebiosa, bo jesteś taka odpowiedzialna itd, a ojciec miał do mnie pretensje, bo nie uważałem na siebie - zaśmiał się.
W tym samym momencie zadzwonił mój telefon, a na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie Grace.
  - Kim, czemu nie było was w szkole? - wypaliła od razu - Thomson przez całą lekcję o was nawijał!
  - Grace, uspokój się ! - krzyknęłam - Jesteśmy w szpitalu, ktoś potrącił Jack'a, ale jest okey! Podobno jutro wychodzi...
  - CO?! - wrzasnęła - Będziemy za chwilę. W której sali leży ?
  - 125 - odparłam szybko.
  - Zaraz będziemy ! Pa ! - rozłączyła się, a ja spojrzałam na Andersona.
  - Co jest ? - spytał - Czemu tak patrzysz ?
  - Wieszzz... Połowa szkoły przyjdzie za chwilę cię odwiedzić. Hura ?
  - Super ! - odparł z udawanym uśmiechem - Wszyscy ?
  - Taak - odparłam zrezygnowana. - Ale nie będziesz się nudził !
Ben i Jack pogadali, a w międzyczasie wpadli też rodzice chłopaka. Chociaż za chwilę musieli jechać po potrzebne rzeczy dla syna. Po kilku minutach do sali wpadli nasi przyjaciele i... Większa część szkoły! Każdy krzyczał coś typu: "Hej, stary!" lub "Witaj, kotku!" itd. Było chyba ze 30 osób, m.in. banda z Francjii, Emma, Clara, Brody, nasza banda z Julią, Meg i Daną (wspominałam, że Megan, Dana i Tina zrezygnowały z treningów w dojo? Williamson nie pojawiała się od powrotu z Paryża, więc Rudy ją wyrzucił, a Nicols i Harris same zrezygnowały), Grace z Mike'm,  kumple Jack'a ze skateparku i kilka szkolnych plastików, które wpatrywały się w mojego chłopaka jak w obrazek. Przyszli jeszcze... Steven, Laura i Tina!! Zaraz po nich, do sali wszedł wściekły lekarz z pielęgniarką.
  - Co to ma być?! - krzyczała kobieta - Nie może was tu tyle przebywać!
  - Ale my... Musimy, bo... - bełkotali jednocześnie.
  - Może niech nasz pacjent zdecyduje kto ma zostać - wtrącił doktor. - Tylko proszę, ogranicz się do ośmiu osób, bo tyle może was zostać najwięcej!
  - To zostaje Kim, Ben, Julia, Grace, Mike, Jerry, Milton, Eddie - zakończył.
Po tych słowach, słychać było ciche szepty typu: "Czemu mnie nie wybrał?" albo "Kocham go, powinnam przy nim być!". Kiedy takie coś usłyszałam, aż się we mnie zagotowało!
  - Chyba o kimś zapomniałeś, słonko - wtrąciła się Laura. - Jestem twoją dziewczyną, mam prawo tu być. Wywal Kim i po kłopocie! - uśmiechnęła się sztucznie.
  - To wszyscy ! Bez mojej byłej dziewczyny ! - warknął chłopak, a cała reszta musiała opuścić jego salę. Tak samo zrobili lekarz i pielęgniarka, a my usiedliśmy koło Andersona i zaczęliśmy gadać.
  - Co ci się właściwie stało ? - od razu spytała Grace.
  - Ktoś mnie potrącił - odpowiedział tak, jakby to była oczywistość.
  - Tyle to i ja wiem ! - wtrącił Eddie - Czemu ktoś ci to zrobił ? Chyba nie codziennie kogoś potrącają, więc nie mów, że to nic takiego !
  - No, ale ja nie wiem - skłamał. - To może być też trochę moja wina, bo nie zauważyłem auta.
  - Czyli, że to nie do końca przez kierowcę ? - upewniał się Milton.
  - On właśnie to powiedział - wtrącił Mike.
  - Jesteś pewien, że nic ci nie jest, Jack ? - spytała Julia.
  - Tak, jest spoko - odparł. - Nie musicie się o mnie martwić.
Goście Andersona poszli dopiero o siódmej wieczorem. Jego rodzice przynieśli mu w tym czasie potrzebne rzeczy, ale nie chcieli przeszkadzać, więc wyszli. Chcieli zostać, ale dali za wygraną, gdy zobaczyli ile już jest osób. Ja chciałam zostać w szpitalu na noc, bo ubłagałam lekarza, żebym po końcu godziny odwiedzin, mogła jeszcze powiedzieć. Niestety Jack był innego zdania.
  - Ale ja chcę być tu przy tobie ! - uniosłam lekko głos - Nie zostaniesz tu sam !
  - Kimmy, nie ! - powiedział - Poradzę sobie jakoś, a ty masz wracać do domu na noc. Nie będziesz tu spała z mojego powodu.
  - No chyba nie z powodu lekarza, prawda ? - uśmiechnęłam się - Jakbym tu była to może...
  - NIE! - przerwał mi - Nie przejmuj się mną i wracaj do domu.
  - Jak chcesz - odparłam z rezygnacją. Chwilę jeszcze u niego posiedziałam, a kiedy wyszłam było po dziewiątej. Dałam mu całusa na do widzenia i opuściłam salę. Jednak za chwilę do niej wróciłam.
  - Jesteś tego pewien ? - spytałam ponownie.
  - Kim - uśmiechnął się uroczo - wracaj do domu.
  - Dobra, do jutra - również się uśmiechnęłam. - Kocham cię !
  - Ja ciebie też !
Wyszłam ze szpitala, tym razem już na stałe. Było ciemno, a na ulicach paliło się tylko kilka latarni. Ludzi tyle co nic, może raz na jakiś czas, trafia się przechodzeń. Szłam chodnikiem  i nie przejmowałam się zbytnio tym, co się działo. W pewnym momencie poczułam... To było dziwne, ale myślałam, że ktoś mnie obserwuje i za mną idzie. Odwróciłam się i rzeczywiście tak było! Zobaczyłam dość wysokiego faceta z kapturem na głowie, ubranego na czarno. Przyśpieszył, kiedy zdał sobie sprawę, że go zauważyłam. Zrobiłam to samo, a po chwili zaczęłam biec. Chciałam go zgubić, ale on był szybszy i, co najważniejsze, silniejszy. Dogonił mnie i zakrył usta dłonią, żebym nie mogła krzyczeć.
  - Jeśli piśniesz chociaż słówko, to się dla ciebie źle skończy - powiedział i wyjął z kieszeni nóż. Zaraz, zaraz... Ten głos... Znam go przecież. Kto to jest? Kojarzę skądś ten głos!
Przeraziłam się nie na żarty. Chłopak zwolnił nieco swój uścisk.
  - Co chcesz zrobić ? - spytałam.
  - Nie martw się - odparł. - Za chwilę nic już nie będziesz czuła... - nagle usłyszałam czyjeś kroki. Jakby... Stukot obcasów? Kilka sekund później poczułam ogromny ból. Upadłam na ziemię i dalej nic nie pamiętam, bo urwał mi się film...


Miał być o wiele wcześniej, ale... Jakoś tak wyszło ! Za bardzo się rozpisywać nie będę, bo nie mam za wiele czasu... Tylko jedna sprawa... Nie wiem co się dzieje, czy to ja coś źle robię, czy co, ale... Blogi Oli Hernik nie chcą mi się wyświetlić. Zmieniła adres? POMOCY!! :**
Rozdział będzie w poniedziałek ! ;33 Omg... Już jeden tydzień ferii zleciał ! ;/ Jak ?! Ja się pytam jakim prawem ?! Nie fair ! Żądam 6-miesięcznych ferii, dwa razy w roku xd

środa, 13 lutego 2013

Rozdział 33

Przepraszam, bo rozdział miał być przed dziewiątą, a ja miałam z tego powodu wcześnie wstać. No... Oba moje zamiary się nie udały xd Dedykuję go wszystkim, którzy czytali/czytają te moje głupie bazgroły! 


Bez namysłu do niego podbiegłam, a po drodze krzyknęłam do Bena, żeby zadzwonił po karetkę. W mgnieniu oka znalazłam się przy Andersonie.
  - Jack, Jack - mówiłam szturchając go lekko. - Odezwij się, proszę...
Na początku z moich oczu wypływały pojedyncze łzy, ale potem było ich całe mnóstwo. Karetka przyjechała prawie natychmiast. Wymusiłam na lekarzach, żeby z nimi pojechać. Ben mógł chyba przez chwilę zostać w domu! Po kilku minutach byliśmy w szpitalu. Z tego co zrozumiałam, stan Jack'a nie był krytyczny, ale też nie za dobry.
Czekanie - to było denerwujące. Jestem w szpitalu już nie wiem jak długo i dalej nie mam żadnych informacji. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że przecież nie zadzwoniłam do jego rodziców! Są w delegacji, ale powinni niedługo wracać... Wybrałam numer mamy Jack'a. Odebrała!
  - Halo?
  - Pani Anderson? Dzień dobry - powiedziałam niepewnie.
  - Witaj, Kim - odparła.
  - Kiedy państwo wracają? - spytałam.
  - Za kilka godzin, dlaczego pytasz? - zdziwiła się.
  - Chodzi o to, że... Jack jest w...
  - Kim, wykrztuś to z siebie! - zażądała.
  - Jack jest w szpitalu, potrącili go - powiedziałam szybko.
  - CO?! Będziemy jak najszybciej !
Kobieta się rozłączyła, a z moich oczu wypłynęło kilka łez. To moja wina, że Jack tu leży. Tylko i wyłącznie! W mojej głowie kłębiło się wiele myśli, niekoniecznie tych dobrych.
Potem jeszcze kilka minut przesiedziałam na korytarzu, aż w końcu przyszedł lekarz.
  - Kimberly Crawford? - spytał.
  - Kim ! - poprawiłam go.
  - Więc Kim - zaczął - jeśli chcesz to możesz iść zobaczyć pana Andersona. Leży w sali 125, ale pośpiesz się.
  - Naprawdę? - poderwałam się z miejsca - Dziękuję - uśmiechnęłam się ciepło i pognałam do swojego chłopaka. Wbiegłam do sali i zobaczyłam go leżącego w szpitalnym łóżku. Na szczęście był przytomny.
  - Jack, tak ci przepraszam ! - podbiegłam do niego - To moja wina.
  - Kimmy - westchnął - mi też miło cię widzieć - zażartował.
  - To nie jest śmieszne! - oburzyłam się.
  - Nic mi nie jest, spokojnie - uśmiechnął się uroczo. Jak on może mi mówić, żebym była spokojna? Po tym, co się stało!?
  - Może i nie, ale to nie zmienia faktu, że ten palant jest niebezpieczny!
  - Dzwoniłaś do tego szklarza? - chciał zmienić temat.
  - Jeszcze nie, ale rozmawiamy o czymś innym i ważniejszym niż jakaś szyba, jasne?! - krzyknęłam.
  - Okey - odparł - gadajmy o tym. Po co mówić o jakiś normalnych rzeczach, skoro można o psycholach i zboczeńcach?!
  - Nie złość się, ale to moja wina i chcę coś z tym zrobić. Jeśli nie zależy ci na tym to załatwię to sama. Nawet wiem już jak... - powiedziałam i wybiegłam z sali z dokładnym zamiarem. Tak, jak mu mówiłam... Załatwię to wszystko.
 Po ok. 1h byłam pod domem, ale nie swoim... Tylko Steven'a. Kiedyś podsłuchałam jak mówił, że robi sobie dzisiaj wolne od szkoły. Tym lepiej! Może będzie w domu... Pewnym krokiem weszłam do jego domu. Mieszkał sam, więc nie musiałam przejmować się reakcji jego rodziców.
  - STEVEN! - wrzasnęłam, gdy przekroczyłam próg.
  - Kim? - wyraźnie zdziwiło go moje przyjście. - Po co przyszłaś?
  - Musimy pogadać - rzuciłam wściekła.
  - Mmm... Czyżbyś przejrzała na oczy? - uśmiechnął się figlarnie - Co chciałabyś robić? - podszedł bliżej mnie.
  - Po pierwsze: jesteś obrzydliwym, chamskim i pieprzonym zboczeńcem! - warknęłam - Po drugie: jeśli jeszcze raz będziesz chociaż myślał o uprzykrzeniu życia mi lub Jack'owi to uwierz... Będziesz tego żałował. Po trzecie: wiem, że to ty potrąciłeś mojego chłopaka, więc nie udawaj debila, bo doskonale wiesz, po co tu przyszłam. Nie, przepraszam... Ty nie musisz udawać, bo jesteś debilem!
  - Tak, to ja mu to zrobiłem - odparł spokojnie i poszedł do pokoju.
  - Gdzie łazisz?! Masz tu przyjść i ze mną porozmawiać - zażądałam. Nie posłuchał, więc poszłam za nim. Weszłam do pokoju, a on co? Siedzi na fotelu i TV ogląda! Niee... Wystarczy!
  - Posłuchaj mnie wreszcie! - podeszłam do niego, wyrwałam mu pilota z ręki i wyłączyłam telewizor. Chyba mu się to nie spodobało.
  - Ej, oglądałem to! - krzyknął.
  - Tak mnie to obchodzi, że nie masz pojęcia - zadrwiłam. - Teraz mnie posłuchaj! Daj mi i Jack'owi święty spokój! - wrzasnęłam. Chłopak wstał z fotela i odebrał mi pilot.
  - To mój dom i nie będziesz mi rozkazywać. Jeśli chcesz, żebym cię słuchał to... Chyba wiesz, co zrobić - uśmiechnął się chytrze.
  - Spadaj ! - warknęłam. Podeszłam do niego i z całej siły dostał ode mnie w policzek - Ostrzegam cię, uważaj... - wyszłam z jego domu i skierowałam się do swojego. Poczułam wielką satysfakcję z tego, że go uderzyłam. Do Jack'a postanowiłam wpaść później, bo teraz muszę iść do Bena.

W domu Steven'a
Chłopak złapał się za bolący policzek i klnął pod nosem na Kim. Wyciągnął z kieszeni telefon i wybrał jakiś numer. Chwilę poczekał, zanim ta osoba odebrała.
  - Czego chcesz?!
  - Hej, skarbie - uśmiechnął się sam do siebie. - Mam pomysł, zwołaj wszystkich.
  - Znowu kolejny "super plan Steven'a"?
  - Nie, tym razem to inna sprawa - powiedział pewny siebie. - Tym razem już wiem na pewno jak rozdzielić Jack'a i Kim...



I się napisało xd Wiem, że miał być wcześniej, ale jakoś... Nie wyszło :) Nie będę się za bardzo rozpisywać, bo muszę iść na SKS do sql ;/ Oh God, why?! Dobra więc... Nowy rozdział bd w piątek ! :D Zadowoleni ? :**

Na razie < 33 .

niedziela, 10 lutego 2013

Odskocznia - "Prince and the Imposter"



Prince and the Imposter
Kim Crawford siedziała samotnie u Phill’a Falafela, zajmując się jedzeniem. Jej myśli cały czas zaprzątała jedna osoba. Jej najlepszy przyjaciel i być może niedługo… Ktoś więcej. Chodzi o Jack’a Brewera.  Nie mogła przestać o nim myśleć, zakochała się w nim choć nie mogła tego przyznać nawet przed sobą. To co dopiero przed nim… Bała się mu to powiedzieć, jednocześnie niszcząc ich tak długą przyjaźń. Z drugiej strony idą dzisiaj na randkę.  Może coś z tego będzie?, pomyślała.
Z zamyśleń wyrwało ją dziwne zdarzenie u Phill’a. Nagle drzwi się otworzyły i do lokalu weszło dwóch, ubranych na czarno, mężczyzn z ciemnymi okularami. Za nimi, Kim zauważyła dość wysokiego chłopaka na oko w jej wieku, za którym podążało jeszcze dwoje mężczyzn, również na czarno ubranych. Stanęli przy drzwiach, a on ,wraz z tymi pierwszymi,  poszedł złożyć zamówienie. Kimberly bardzo się zdziwiła zaistniałą sytuacją.  Chłopak był dość przystojny, ale jego ubranie było dziwne. Bardzo dziwne… Wyglądał jak jakiś książę albo król, tylko korony na głowie brakowało.
  - Jestem książę Devon – powiedział do Miki, która pracowała u swojego wujka. – Co polecasz do zjedzenia w tym lokalu?
  - No cóż… Może chcesz falafela? – zaproponowała dziewczyna.
  - Niech więc  tak będzie – odparł.
Kim przypatrywała mu się już dłuższą chwilę. Miała rację… To prawdziwy książę. Tylko co taka osoba jak on, robiłaby w takim mieście jak to?
Książę Devon zauważył siedzącą Kimberly, która od razu przyciągnęła jego uwagę. Dziewczyna była ładna, zgrabna i sprawiała wrażenie inteligentnej. Chłopak kazał swoim ochroniarzom poczekać na zewnątrz, a sam postanowił dosiąść się do nieznajomej. Mężczyźni z niechęcią przystali na ten układ, ale musieli wykonać rozkaz. Devon odebrał zamówienie i poszedł z nim do stolika Crawford.
  - Witam cię – zaczął i uśmiechnął się.
  - Yyy… - przez chwilę nie wiedziała co powiedzieć. – Cześć, jestem Kim. Ty to…?
  - Książę Devon – przedstawił się.
  - Poważnie? – Kim nie kryła swojego zdziwienia.
  - Tak, owszem – zaśmiał się. – Jeśli chcesz mogę pokazać ci mój zamek.
  - Co? – dziewczyna z zaskoczenia prawie zakrztusiła się sokiem, który piła. Zdziwiła ją ta propozycja. Znają się od sekundy, a on już chce zapraszać Kim do siebie? Coś jej tu nie pasowało… – Gdzie on jest?
  - Niedaleko – wyjaśnił. – To znaczy… Tam nie rządzi król, ale jestem z rodziny królewskiej i wraz z nią mieszkam w zamku na szczycie góry.
  - Pewnie też co niedzielę walczysz ze smokami i ratujesz księżniczkę z opresji – oboje lekko się uśmiechnęli. Księciu od razu Kimberly wpadła w oko, spodobała mu się.
  - No może aż tak nie… Ale jeśli nie miałabyś nic przeciwko, z chęcią uratowałbym ciebie – powiedział i uśmiechnął się cwaniacko, a Kim się zarumieniła.
  - Hej, Kimmy! Nie przedstawisz mnie? – spytał Jack, który przed chwilą wszedł do knajpki.

Chłopak postanowił przed treningiem iść do Phill’a coś zjeść. Ciągle myślał o jednym… Kim. Tęsknił za nią cały czas. Chwila spędzona bez niej nie miała sensu. Jack Brewer zakochał się w swojej najlepszej przyjaciółce! Postanowił, że dzisiaj na ich randce powie jej wszystko…  O swoich uczuciach do niej i w ogóle.
 Wszedł do knajpki i zobaczył Kimberly z jakimś dziwnie ubranym chłopakiem. Zdziwiło go to i… Poczuł lekkie uczucie zazdrości. Postanowił do nich pojeść.
  - Hej, Kimmy – uśmiechnął się słodko. – Nie przedstawisz mnie? – spytał odrobinę zawiedziony obecnością chłopaka.
  - Tak, jasne – odparła i również się uśmiechnęła, co nie spodobało się z kolei naszemu księciu. – Jack, to jest Devon. Jest księciem…
  - Serio? – zdziwił się – Wow, nieźle! Może ratuje jeszcze księżniczki z opresji?  - na jego słowa, on i Kim wybuchnęli śmiechem.
  - Przed chwilą to powiedziałam – rzuciła. Brewer i Crawford przed krótką chwilę patrzyli sobie głęboko w oczy. Tą chwilę przerwał jednak pan książę, bo to zauważył. – To jak… Może się przysiądziesz? – spytała lekko speszona.
  - Z chęcią – odparł, a na jego twarzy zagościł, kolejny już, uśmiech – ale może Devon nie miałby ochoty zobaczyć naszego dojo?
  - Idziesz? – spytała Kim.
  - Oczywiście – uśmiechnął się książę i cała trójka poszła do dojo.
Kiedy weszli, właśnie odbywał się pierwszy sparing Miltona i Jerry’ego. Latynos szybko powalił rudzielca na matę. Rudy mu pogratulował i już miał ochrzaniać Jack’a i Kim za spóźnienie, ale zdziwił się widokiem Devon’a.
  - Co to za gość w mundurze? – spytał.
  - Nie w mundurze, tylko w tradycyjnym królewskim ubraniu – poprawił go chłopak. – Jestem Devon, książę… - na jego słowa sensei stanął jak wryty.
  - Jeszcze nigdy nie miałem do czynienia z arystokracją. Może oprócz Bobby’ego…
  - Bobby Wasabi nie jest arystokracją – zauważył Krupnick.
  - Dla mnie jest! – wrzasnął Gillespie – Nieważne… Jak ci się podoba nasze dojo, Devon?
  - Bardzo ładne – uśmiechnął się.
  - Ja rzecz jasna jestem najlepszy – wtrącił się Jerry. – Nawet Jack nie jest tak dobry jak ja jes… Uuu… - przerwał, bo dopiero teraz zobaczył , wyżej wspomnianego, chłopaka, stojącego koło księcia. – To znaczy…
  - Nie, nie! – przerwała Kimberly – Jerry jest najlepszy! – uśmiechnęła się sztucznie.
  - Może pokażesz naszemu księciu jak mnie pokonałeś? – zaproponował Jack.
  - Niee… To nie potrzebne, bo… - nie dokończył, bo Brewer zaprezentował na nim jak kiedyś „został pokonany” – Umieram – wyszeptał cicho zwijając się z bólu na macie, a cała reszta, z księciem włącznie, wybuchnęła głośnym śmiechem.
W dojo pobyli jeszcze przez chwilę… Jack co chwilę zerkał ukradkiem na Kim, to samo robił książę. Dziewczyna mu się spodobała. Miła, ładna, inteligentna, silna… Po prostu ideał! Jedyna rzecz, która mu się nie podobała to Brewer. Chłopak zauważył, że Kimberly i jej najlepszy przyjaciel mają się ku sobie, a to był problem. Przecież książę zawsze dostaje to, czego chce. ZAWSZE i nikt, ani nic, tego nie zmieni. W jego głowie uknuł się plan ‘zdobycia’ Kim. Do tego potrzebna będzie wizyta u niego na zamku…
  - Tak jak już mówiłem wcześniej w jadłodajni… - wtrącił Devon.
  - U Phill’a – zauważył Milton.
  - No więc…  Kim i reszto, może nie mielibyście ochoty zwiedzić mojego zamku? Akurat dzisiaj odbywa się tam przyjęcie urodzinowe mojej siostry – zakomunikował.
  - Super, ale dzisiaj mieliśmy mieć… - zaczął Jack, ale książę mu przerwał.
  - Wspaniale! Czekajcie tutaj dziś o dziewiętnastej, a ktoś was zawiezie. Ubierzcie się ładnie, a ja już muszę iść – zakomunikował. – Do zobaczenia – mówiąc to uśmiechnął się uwodzicielsko w stronę Crawford. Dziewczyna poczuła się skrępowana, a Jack’a ogranęła złość. Nie dość, że dzisiaj miała być ich randka, to jeszcze jakiemuś księciu spodobała się Kim. Jego Kim…
Devon wyszedł z dojo nie czekając na reakcję innych. Każdy bardzo cieszył się zaproszeniem na bal, może oprócz Kimberly i Brewera.
  - Może na randkę poszlibyśmy kiedy indziej? – zaproponował.
  - Tak, może – odparła nieśmiało. – Idziemy jeszcze do Phill’a?
  - Jasne – powiedział i uśmiechnął się szeroko, ona odpowiedziała mu tym samym. Objął ją ramieniem i poszli do knajpki, a Kim nie protestowała ani nie strąciła jego ręki. Wszyscy z dojo, z senseiem włącznie, uśmiechnęli się szeroko i posłali sobie porozumiewawcze.
  - Kto obstawiał, że oni będą razem? – spytał Rudy, a każdy podniósł rękę do góry – Tak myślałem…

Wszyscy czekali w dojo o umówionej godzinie. cieszyli się z okazji zobaczenia prawdziwego zamku. Entuzjazmu nie podzieł jednak Jack, który na dzisiaj miał inne plany, ale co zrobić… Chłopcy ubrani byli w czarne spodnie, koszule i krawaty, a Rudy założył swój ‘magiczny’ smoking.
  - Jesteś pewny, że chcesz w tym wystąpić? – spytał rozbawiony Milton.
  - Jasna sprawa! – krzyknął zadowolony Rudy. Każdy był już gotowy. No… Każdy z wyjątkiem Kimberly, która siedziała w przebieralni i poprawiała fryzurę przed lustrem. Dziewczyna przyszła pierwsza i od razu pobiegła do łazienki. Nikt jeszcze nie widział jej tego wieczora.
  - Kim, idziesz już? – krzyknął Jack.
  - Tak, tak – zawołała. – Już !
Kilka sekund potem, z szatni wyszła, uśmiechnięta od ucha do ucha, Kimberly. Chłopcy nie wiedzieli co powiedzieć, zwłaszcza Brewer. Teraz, dziewczyna wydawała mu się jeszcze ładniejsza niż wcześniej.
  - Wow ! – to jedyne słowo, które przeszło mu przez gardło – Wyglądasz ślicznie.
  - Dziękuję – wydukała nieśmiało. W myślach cieszyła się z komplementu, ale na zewnątrz nie dała niczego po sobie poznać.
- Whooo! – krzyknął Jerry – Kim, niezły strój! – powiedział spoglądając na jej ubranie:

  - Dzięki – powiedziała po raz drugi. Jack spojrzał na nią i lekko się uśmiechnął, ona zrobiła to samo. Przez krótką chwilę patrzyli sobie w oczy, ale, tak jak u Phill’a, ktoś im przerwał. Wtedy i teraz był to książę Devon, który przyjechał zabrać ich na swój zamek.
  - Witam wszystkich – powiedział, a jego wzrok spoczął na Kim. – Ładnie wyglądasz – pochwalił ją i uśmiechnął się. Nie spodobało to się jednak Jack’owi, który zmierzył go zabójczym wzrokiem.
  - Idziemy? – spytała dziewczyna.
  - Oczywiście – odparł i zaprowadził wszystkich do limuzyny.
  - Nieźle koleś się postarałeś – pochwalił go Jerry.

Do zamku Devon’a jechało się dość długo, ok. godziny. Kim siedziała między Jack’iem i księciem. Cały czas rozmawiała z Brewerem, ale zawsze ktoś przeszkadzał. Nie ktoś, tylko Devon… Kiedy już wreszcie dojechali, ich oczom ukazał się wspaniały zamek. Był bardzo duży i ładny, a ogród… Na to już zabrakło słów.
  - Boże, jak tu pięknie – westchnęła Kim.
  - Wszystko jest śliczne, tam gdzie jesteś – uśmiechnął się Jack i objął ją ramieniem, a ona w zamian pocałowała go w policzek. Sytuacja ta nie spodobała się jednak księciu, więc postanowił zareagować.
  - Chodźmy już ! – powiedział. Pociągnął Crawford za rękę do wejścia, jednocześnie wyrywając ją z uścisku Brewera. 
  - Już go nie lubię – szepnął chłopak patrząc na księcia, ale nikt go nie usłyszał. Kiedy już Devon wraz z Kim, mieli wchodzić do środka, dziewczyna odwróciła się do Jack’a i lekko się uśmiechnęła.
Wreszcie wszyscy weszli do sali, w której odbywała się uroczystość. Co prawda już trwała, ale to nie przeszkodziło w zabawie. Praktycznie sekundę przed ich wejściem, puszczono wolną balladę. Devon chciał zaprosić Crawford do tańca. Już do niej podchodził, ale ubiegł go jego ‘rywal’.
  - Kimmy, zatańczysz? – spytał i uśmiechnął się słodko.
  - Pewnie – odpowiedziała. Chłopak złapał ją za rękę, weszli na parkiet i zaczęli kołysać się w rytm melodii.

Dwie godziny później
Jack i Kim praktycznie cały czas spędzali razem. Tylko czasami, książę wyciągał Kimberly do tańca. Wobec Brewera robiła tak pewna dziewczyna. Była bardzo ładna, inteligentna, ale on i tak wolał Kim.
W pewnej chwili, Crawford zdała sobie sprawę, że nie ma przy sobie torebki.
  - Pamiętasz gdzie ją miałaś ostanio? – spytał Jack, gdy się o tym dowiedział.
  - No nie wiem… - przyznała – Pomożesz mi szukać?
  - Tak, jasne – rzucił i uśmiechnął się. – Wiesz, tak myślę, że…
  - Jack, możemy pogadać? – nagle do pary podszedł książę – To bardzo ważne !
  - Tylko, że teraz nie za bardzo mogę i… - bronił się.
  - Nie, idź – wtrąciła się Kim. – Skoro to ważne to pogadajcie, a pomożesz mi potem – uśmiechnęła się.
 Na jej słowa, Devon praktycznie odciągnął Jack’a od Kimberly i zaprowadził go do jakiegoś innego pomieszczenia.
  - Co to za sprawa? –burnkął – Jestem zajęty!
  - Masz się odczepić od Kim ! – powiedział stanowczo – Ona mi się podoba, a ja zawsze dostaję czego chcę!
  - Że niby co? – zdziwił się Brewer – Nie możesz mnie o to prosić !
  - Ależ mogę i robię to, właśnie teraz… - syknął – Poza tym Kim i tak wybrałaby mnie.
  - Niby czemu? – zadrwił – Znacie się niecały dzień! Faktycznie… To musi być WIELKA miłość – zaśmiał się. – Rozwalasz mnie, człowieku!  Zależy mi na niej i kocham ją.
  - Pomyśl… Co ty możesz jej dać? – burnkął – Ja dam jej bogactwo i w ogóle… Jestem księciem, a ty? Żebrakiem, który nigdy mi nie dorówna!
  - Ale… - Jack chciał coś powiedzieć, ale nie dane mu było dojść do słowa.
  - Nie odzywaj się już, bo nie masz co! – rzucił oschle i wrócił do zabawy. Jack chwile jeszcze stał w miejscu, ale zaraz się ogarnął i wrócił na zabawę.

Kimberly postanowiła iść za chłopakami i sprawdzić o czym będą rozmawiać. W pewnej chwili podszedł do niej Jerry z… Jej torebką.
  - Hej, to nie twoje? – spytał.
  - Moje! Gdzie było? – odberała od niego swoją własność i czekała na odpowiedź.
  - W łazience – powiedział i szybko odbiegł, bo zobaczył jakąś ładną dziewczynę. Kimberly skierowała za to kroki w stronę, oddalających się już, Devona i Jack’a. Stanęła za drzwiami i nasłuchiwała. Słowa Brewera bardzo ją zaskoczyły, ale pozytywnie. Gdy je usłyszała, uśmiechnęła się do siebie. Uciekła po chwili, bo zdała sobie sprawę z tego, że książę ma zamiar wracać na uroczystość. Zrobiła więc tak samo. Zawiodła się na Devonie, bardzo się zawiodła… Miała go za fajnego gościa, a on okazał się być chamem i debilem… -,-
Niczego nieświadomy książę podszedł do niej, kiedy stała przy stolikach napełnionych jedzieniem i piciem.
  - Widzę, że znalazłaś torebkę – uśmiechnął się.
  - Brawo za spostrzegawczość – burnkęła. – Gdzie jest Jack?
  - Nie wiem – przyznał, bo naprawdę nie miał pojęcia gdzie jest teraz chłopak. – Po co ci on? Masz przecież mnie…
  - Wolę tego… Jak ty go określiłeś? Żebraka od zadufanego w sobie księcia – na jej słowa, nie wiedział co powiedzieć. – Tak, słyszałam waszą rozmowę i wiesz co? Nie obchodzi mnie, że jesteś jakimś arystokratą lub niewiadomo kim! Dla mnie to ty jesteś żebrakiem, a Jack jest księciem – wykrzyczała.
  - Nie wiesz co mówisz… - uśmiechnął się sztucznie i mocno złapał ją za ramię – Pomyśl co może dać ci Jack, a co ja. Nie widzisz różnicy?
  - Widzę – syknęła i wyrwała się z uścisku chłopaka. – Tylko, że to on w tym świetle jest lepszy. W tym i każdym innym, bo Jack jest po prostu LEPSZY OD KOGOŚ TAKIEGO JAK TY! – krzyknęła.
  - Nie pozwolę ci mnie obrażać – szepnął. – Pożałujesz kiedyś.
  - A ty pożałujesz już teraz! – powiedziała. Wzięła do rąk dzbanek z pączem i wylała go księciu na głowę. Wszyscy goście patrzyli jak osłupieni, ale nigdzie nie było Jack’a. Kimberly w pośpiechu wybiegła na dwór, mając nadzieję, że tam go spotka. Nie myliła się… Niedaleko zamku, na trawie siedział właśnie Jack Brewer. Dziewczyna nieśmiało do niego podeszła.
  - Jack… - szepnęła. – On na dźwięk jej głosu, momentalnie wstał i odwrócił się do niej. Po głowie jednak chodziły mu słowa Devona. Miał rację… Książę może dać Kim więcej niż on. To smutne, ale taka jest prawda.
  - Nie powinnaś być z Devonem? – spytał szorstko. Chłopak kochał Crawford najbardziej na świecie i dopiero teraz to do niego dotarło.
  - Wolę być tutaj – powiedziała i uśmiechnęła się. – Z tobą…
  - Kim, wracaj lepiej do środka. Tu jest zimno, przeziębisz się – poprosił.
  - Nie obchodzi mnie to – rzuciła, a on podszedł bliżej niej. Stanęli bardzo blisko siebie, patrząc sobie w oczy. – Chcę, żebyś wiedział, że… Też cię kocham! – Jack nie wiedział co ma powiedzieć i skąd Kim o tym wie – Podsłuchałam twoją rozmowę z Devonem, oblałam go piciem i jestem tutaj – uśmiechnęła się lekko, a Brewer gwałtownie wpił się w jej usta. Chłopak objął ją w talii, a ona zaczęła się bawić jego włosami.
  - Wiesz… - powiedział, gdy już się od siebie oderwali – Tu może i jest fajnie, ale… Nie wolałabyś iść gdzieś indziej?
  - Jakbyś czytał w moich myślach – zaśmiała się.
  - Ale chodźmy tam jeszcze na chwilę – rzucił.
  - Po co?
  - Muszę zobaczyć, jak go urządziłaś – powiedział i poraz kolejny ją pocałował. Weszli do środka trzymając się za ręce. Akurat natknęli się na mokrego księcia.
 - Co tu się…? – spytał wściekły na ich widok.
  - Najwidoczniej nie zawsze dostajesz czego chcesz – zadrwiła Kim. – Idziemy stąd? – zwróciła się do Jack’a.
  - Tak, jasne – odparł i posłał Devonowi chytry uśmieszek.
Berwer i Crawford wyszli, zostawiają księcia na środku całego mokrego i na dodatek złego. Plan ‘zdobycia’ Kim mu się nie udał, ale za to stało się coś, na co Jack i Kim czekali od dawna. Bardzo dawna…
Koniec

to by było na tyle z mojej strony. Przepraszam, że tak długo jej nie dodawałam, ale wiecie ile czasu się pisze takie coś?! Długo baaardzoooo! Więc.. Odskocznię dedykuję Idzie, Claudii, Victorii Hope, Olivi Holt i Wikandzie (chyba dobrze napisałam xd)(NIE ZABIJAJ MNIE! ;33). Rozdział dodam jutro, bo dzisiaj... Nie, już nie :) Od jutra oficjalnie zaczynają mi się ferieee ;333 <taniec Jack'a>.
Jeśli już mowa o tańcu Jack'a to mam dla was video, ale z tańcem Leo xd Każdy pewnie już je widział, ale i tak wstawię. KOCHAM JE < 33 . A ten gostek... "Eemm... Sally?" :D Filmik jest pro xd

sobota, 9 lutego 2013

Co wy na to?

Heyoł, hej ! ;3
Wiem, że nie dodawałam, ale teraz mam... <oklaski> FERIE ;33
Tak więc... Mam pytanie ! Mianowicie - "Co wam bardziej pasuje?" Czy:
1. Dzisiaj dodać rozdział?
2. Dzisiaj dodać odskocznię, a jutro rozdział?

Od razu mówię, że odskocznia to będzie moja wersja odcinka "Prince and the Imposter" czyli 1 odcinka TRZECIEGO SEZONU!!! < 333 .
To jaak?? ;3 Opcja 1, czy 2? xd

sobota, 2 lutego 2013

Rozdział 32

Rozdział dla MiLeny C za naszą 'rozmowę' w komentarzach xd


Po raz pierwszy od dłuższego czasu, w nocy nie zmrużyłam oka. Siedziałam w salonie i gapiłam się w wyłączony telewizor. Ben cały czas spał, przynajmniej to. Myślałam o tym wszystkim, co zdarzyło się kilka godzin temu. Martwię się o Jack'a, bo może zrobić jakąś głupotę. Anderson chwilami jest nieobliczalny i porywczy, a po tym, co zrobił Steven to dobrze by było, gdyby mój chłopak pozwolił mu przeżyć... Nawet nie wiem co się teraz z nim dzieje! Chciałabym do niego teraz podejść i przytulić się do niego. Dodatkowo chcę teraz wygarnąć wszystko Louis'owi (Steven). Dlaczego on nie może się ode mnie odczepić?! Co ja mu takiego zrobiłam?! Co my wszyscy mu zrobiliśmy... To akurat wie chyba tylko on... Albo może nawet sam tego nie wie. Być może upatrzył sobie na cel zrujnowanie i uprzykrzanie mi życia? No bo jeśli tak, to jest na dobrej drodze...
Kiedy tak myślałam, usłyszałam czyjeś kroki. Zapomniałam zamknąć drzwi? W sumie to... Jakby ktoś chciał wejść to jest to głupie okno bez szyby! Przestraszyłam się, bo nie wiedziałam kto to może być. Spojrzałam niepewnie w stronę drzwi, które się otworzyły i zobaczyłam w nich... Jack'a! Nareszcie...
  - Hej, Kim. Jak tam? - zaczął.
  - Przestraszyłeś mnie! - burknęłam - Nie skradaj się tak już nigdy, rozumiesz?!
  - Aż taki straszny jestem? - spytał uśmiechnięty.
  - Wiesz, że... Bardzo? - odparłam i również się uśmiechnęłam.
  - Przepraszam, nie powinienem był...
  - Nie, spoko. Gdzie byłeś...?
  - Domyśl się! - powiedział i zajął miejsce obok mnie.
  - U niego? - bardziej stwierdziłam niż zapytałam. On tylko pokiwał głową na 'tak'. - Jack, proszę cię... Po co to zrobiłeś?!
  - Kim, ja tak tego nie zostawię! - krzyknął oburzony.
  - Nawet cię o to nie proszę, bo i tak byś mnie nie posłuchał - westchnęłam. - Tylko trochę odpuść. W końcu NIC się nie stało...
  - Może i nie, ale co by było gdyby?! - syknął - Jakby ci coś zrobił? Jak pomyślę, że on... To aż się we mnie gotuje!
  - Jack, Jack, Jack... - zaśmiałam się. - Jak tu się na ciebie gniewać?
  - Wiesz... Nie mam pojęcia - uśmiechnął się uwodzicielsko i delikatnie mnie pocałował. - Dobra, powaga. Musisz iść spać!
  - I tak nie usnę - zaprzeczyłam. - Nie ma sensu, żebym...
  - Bez dyskusji! - wszedł mi w słowo - Idź do pokoju i się prześpij!
  - Nie chce mi się stąd wstawać - uśmiechnęłam się szeroko.
  - Trudno - westchnął - sama tego chciałaś - powiedział. Wziął mnie na ręce i zaniósł po schodach do pokoju. Położył mnie na łóżku i okrył kołdrą.
  - Chcesz, żebym z tobą został? - spytał.
  - To trochę głupie, ale boję się sama zostać - przyznałam i uśmiechnęłam się lekko. - Mógłbyś?
  - Z miłą chęcią - odpowiedział i położył się obok mnie. Wtuliłam się w niego jak w misia i zasnęłam.

Obudziłam się następnego dnia przed siódmą, byłam padnięta. Niecałe cztery godziny snu to dla mnie stanowczo za mało... Spojrzałam na Jack'a, który ciągle jeszcze spał. Wyglądał tak słodko... Nie chciałam go budzić, ale przecież jest szkoła! Wyswobodziłam się z jego uścisku i lekko go szturchnęłam, ale bez większych rezultatów.
  - Jack, wstawaj! - nie obudził się, więc tym razem powiedziałam głośniej - Już, śpiąca królewno! Rusz swój tyłek i wstawaj!
  - Ale mi tu tak dobrze - nareszcie otworzył oczy.
  - Skoro tak, to mam pomysł - zakomunikowałam uśmiechnięta.
  - Jaki?
  - Odpuszczamy dzisiejsze lekcje. Ci ty na to?
  - Mi pasuje, ale musimy załatwić kilka ważnych spraw - odparł poważnym tonem. - Chyba się domyślasz, prawda? 
  - Co masz na myśli, skarbie? - spytałam.
  - Musimy iść na policję i to zgłosić, zapomniałaś?!
  - Aaa... To! Pamiętam.
  - Tylko co potem? - zamyślił się - Teraz jest wybite okno, a później? Porwie cię? On jest niebezpieczny, sama wiesz...
  - Nie musisz mi mówić. Co ja mam zrobić według ciebie? NIC! Wielkie i głupie 'nic'... Zdaję sobie sprawę z tego, co Steven może mi zrobić i do czego może się jeszcze posunąć. Jestem wobec tego bezsilna, nie rozumiesz? - spytałam z wyrzutem.
  - Rozumiem, ale może policja da radę coś zrobić z tym świrem...
  - Miejmy nadzieję - odparłam. - W ogóle to... Dzięki, że się tak przejmujesz.
  - Nie ma o czym mówić, kochana - Jack lekko mnie pocałował. Ja tylko się do niego przysunęłam i oddałam pocałunek. Nagle mój brat zaczął mnie wołać z dołu.
  - KIM! KIM! - krzyczał - KIM!!!
 Szybko z Andersonem zbiegliśmy do niego. Zastaliśmy mojego brata stojącego w koncie i patrzącego przestraszonym wzrokiem na wybite okno. Gdy nas zobaczył od razu przybiegł i przytulił się do mnie.
  - Co się tu stało? - spytał niepewnym głosem.
  - Nic wielkiego - skłamałam - nie martw się. Zadzwonimy do znajomego taty, tego pana Collins'a, a on wstawi nam tą szybę. Nie ma się czego bać!
  - Dobra, to już wiem, ale... Kim był ten pan, który przed chwilą tu był i uciekł, kiedy mnie zobaczył? - na te słowa, wymieniliśmy z Jack'iem przestraszone spojrzenia. Nie chciałam mówić Ben'owi o Steven'ie, więc chciałam trochę pozmyślać. Tylko, że nie zbyt mi to wychodziło.
  - Ten pan, on tu... Yyy... Chciał, to znaczy... Musiał. Tak właśnie! On musiał... - plątałam się we własnych słowach. Na szczęście Jack wszystko wyjaśnił.
  - To wnuczek państwa Daniells'ów z naprzeciwka. Przyjechał tu na jakiś czas i pewnie zaciekawiło go to wybite okno i... Chciał sprawdzić co się stało, ale jak cię zobaczył to się przestraszył no i uciekł - zakończył Anderson.
  - Aha, to może pójdę do nich i przeproszę, że go wystraszyłem - zaproponował.
  - NIE! - krzyknęliśmy do razu razem z Jack'iem - To znaczy... On już dzisiaj wyjeżdża i chciałby pewnie spędzić ten dzień z dziadkami, nie sądzisz? - dodałam po chwili.
  - Skoro tak to... Lecę do szkoły! - oświadczył, ale bez entuzjazmu.
  - Możesz sobie zrobić dzisiaj wolne od szkoły, ale jak rodzice się dowiedzą...
  - TAK! Dzięki, Kim - uśmiechnął się od ucha do ucha. - Nic nie wygadam, możesz być spokojna.
  - To ja idę na chwilę do domu, a potem możemy iść... To załatwić, okey? - powiedział Jack.
  - Tak, jasne - odparłam i pocałowałam go w policzek.
 Ben wrócił do swojego pokoju, Jack poszedł do siebie, a ja postanowiłam się przebrać. Stałam przed szafą dobre 10 minut zanim wybrałam. Poszłam do łazienki, wzięłam szybki prysznic i ubrałam się. Po ok. pół godziny byłam już gotowa:
Wyszłam z pokoju, po drodze zabierając do torebki telefon, gumę do żucia i klucze do domu. Usłyszałam jakiś dziwny hałas z ulicy, ale zbytnio się nim nie przejęłam. Kiedy schodziłam po schodach usłyszałam wołanie Ben'a. Znowu? Po raz drugi tak się przestraszył tego okna?
  - Kim, chodź tu szybko! - wrzasnął.
  - Co jest? - spytałam - Pali się czy co?
  - Odpowiedź brzmi 'czy co' - burknął. - Patrz! - zrobiłam tak jak mówił i zerknęłam na ulicę przez to okno bez szyby. Tego bym się w życiu nie spodziewała!! Zobaczyłam odjeżdżający z piskiem opon samochód, a na drodze... Nieprzytomnego chłopaka, którym był... Jack.

No i jest ! Czekałam, żeby go dodać od połowy grudnia, bo właśnie wtedy go napisałam xd Wiem, długo, ale przynajmniej mam zapas rozdziałów < 333 .
Droga MiLeno C: Jednak coś mu zrobiłam xd !! 
 Przepraszam, że znowu tak późno, ale zrozumcie... Szkoła i inne sprawy :( Ostatnio to nawet przeszłyśmy z kumpelami same siebie! Jedna z nas już może planować ślub! Tylko, że na razie wirtualnie, ale już niedługo... Huehuehuehue xd Przynajmniej jeszcze tylko tydzień i będę mieć FERIE <3 ! Nareszcie... Ile można czekać? Okey, już nie przedłużając mówię tylko, że jeśli nowy rozdział nie pojawi się w środę albo czwartek to możecie mnie zabić ;3 Macie pełne prawo xd 

Dzięki też za prawie 50tys. wejść!! To dla mnie wiele znaczy, więc jeszcze raz bardzo, ale to bardzo wam wszystkim dziękuję :) Jesteście najlepsze!