wtorek, 24 grudnia 2013

Merry Christmas.

Witajcie <3
Jako, że dzisiaj Wigilia, a ja za parę minut wyjeżdżam do rodziny, chciałabym wam życzyć spokojnych i udanych Świąt. Masy prezentów pod choinką i żeby jedzenie na Wigilię poszło w cycki XDDD
Pijanego Sylwestra do białego rana i wszystkiego najlepszego !


Rozdział dodam, gdy wrócę do domu. Nie wiem kiedy dokładnie, ale na pewno przed Sylwestrem.
xoxo . 
AleXandra Howard. ♥

sobota, 21 grudnia 2013

Rozdział 61


Leżałam na łóżku i ciągle o tym wszystkim myślałam. Zrobiłam błąd, że nie skończyłam z Brody’m, ale nie mogłam tego zrobić. Powód? Właściwie sama nie wiem… po prostu bałam się zostać sama. Nie mam pojęcia czemu, ale potrzebowałam wtedy czyjejś bliskości, a on wydawał mi się odpowiednią osobą. Tylko czy po tym wszystkim to na pewno dobry pomysł? Przekonam się za jakiś czas. Martwiła mnie jeszcze jedna rzecz – Jack… co jak słyszał naszą rozmowę? Nie, nie mógł! Poza tym to nie powinno go obchodzić.
Byłam dzisiaj sama w domu, bo Ben i tata pojechali do Corin. Ja wolałam zostać i przemyśleć to wszystko. W pewnej chwili usłyszałam dzwonek do drzwi. Ciekawe, kto przychodzi o dziesiątej wieczorem…
- Musimy pogadać, teraz – usłyszałam i zobaczyłam osobę, którą wolałabym nigdy więcej nie widzieć.
- Jack, co ty tu robisz? Nie mam ochoty na rozmowę – rzuciłam. – Poczekasz do jutra…
- Nie, Kim. Nie poczekam! – niemalże krzyknął. - Proszę, to cholernie ważne – dodał i spojrzał na mnie. Widać było, że mu zależało.
- Za pięć minut ma cię tu nie być - postanowiłam i wpuściłam go do środka.
Może nie powinnam tego robić, lecz wtedy było już za późno. Udaliśmy na górę do mojego pokoju. Przez chwilę żadne z nas się nie odzywało, panowała wręcz idealna cisza. Jednak po chwili szatyn przerwał milczenie.
- Jesteś jeszcze z Brody'm, prawda? - spytał i podszedł bliżej mnie.
- I co z tego? - zdziwiłam się.
Po to tu przyszedł? To śmieszne!
- Słyszałem waszą rozmowę - zawiadomił. - Po tym, co chciał ci zrobić, jeszcze go nie spławiłaś?!
- A co ci do tego? - warknęłam. - To moje życie i mogę z nim robić cokolwiek chcę! Będzie lepiej jak już sobie pójdziesz - stwierdziłam i odwróciłam się do niego tyłem.
Chłopak, zamiast iść, podszedł do mnie i objął w talii, a następnie sprawił, że znowu stanęłam z nim twarzą w twarz. Z moich oczu wypłynęło kilka ciężkich łez.
- Czemu mi to robisz? - wyłkałam i chciałam się wyrwać, lecz przez to stanęliśmy jeszcze bliżej siebie.  - Odpowiedz! Wytłumacz mi to wszystko.
Spojrzałam mu w oczy... w tą jego fabrykę czekolady. Tak bardzo chciałabym go nienawidzić i zapomnieć o tym, co nas łączyło. Dlaczego nie mogę? Dlaczego to jest takie trudne?
- Po to tu przyszedłem - rzucił. - Zasługujesz na prawdę.
- To może niech ją usłyszę! - kolejne łzy spłynęły po moich policzkach. Anderson, widząc to, natychmiast je starł.
- Przepraszam - zaczął. - Przepraszam za wszystko.
- Teraz już trochę na to za późno, nie sądzisz? - syknęłam, dalej tkwiąc w poprzedniej pozycji.
- Jeśli chodzi o Brody'ego, dostał nauczkę - powiedział i rozluźnił swój uścisk.
Czy ja się nie przesłyszałam?
- Co? Jack, nie miałeś prawa! - wyrwałam się i stanęłam metr od niego. - Nie powinieneś nic robić! To nie twoja sprawa.
- Jednak jest też moja, bo zerwałem z tobą, żeby cię przed takim czymś ochronić! - krzyknął, lecz potem umilkł.
Nie mogłam uwierzyć w jego słowa. O co w tym chodziło? Zaczynało robić się jeszcze bardziej dziwnie.
- Co? O czym ty... ale to... - nie mogłam nic z siebie wydusić. - Co to wszystko ma znaczyć?
- Kim, oni mi nie dali wyboru - przyznał. - Chciałem, żebyś była bezpieczna. Jak widać ten dupek nie dotrzymał słowa. Tina, Laura, Brody i Steven zagrozili, że jeśli się nie rozstaniemy to coś ci się stanie. Albo z tobą zerwę, albo mogę cię już więcej nie zobaczyć. Miałem być z tą larwą, a ciebie zostawić Peterson'owi. Prawda jest taka, że ja cię wciąż cię kocham... i nigdy nie przestałem.
Nie odpowiedziałam, bo nie miałam pojęcia co. Po raz kolejny spojrzałam w jego oczy. Wyrażały smutek i rozgoryczenie. To prawda? Czy  kolejne kłamstwo? Już sama nie wiem co myśleć.
- A nie powiedziałeś mi, ponieważ? - zapytałam. - Nie sądzisz, że powinnam raczej o tym wiedzieć? Jak mogłeś mnie tak oszukać?! Nigdy nie przestałeś mnie kochać, tak? Gdy naprawdę tak było, nigdy byś tego nie zrobił. Wtedy mówiłeś, że ten związek był jedną wielką pomyłką i tylko się mną bawiłeś. Nie umiesz tak dobrze kłamać, wtedy byłeś szczery. Jesteś zwykłym dupkiem i manipulantem!! Dla twojej wiadomości ja też mam uczucia! - wygarnęłam mu wszystko co do niego miałam. Zranił mnie i to bardzo. Czy on zdawał sobie sprawę, jak ja cierpiałam przez ten cały czas?
Jack w jednej chwili przyciągnął mnie do siebie i gwałtownie wpił się w moje usta. Wszystko wróciło. Każde wspomnienie z nim związane... każdy jego pocałunek, dotyk... każde spojrzenie. Po prostu wszystko.
Odwzajemniłam pocałunek i wplotłam ręce w jego puszyste włosy. Język Jack'a penetrował moje podniebienie, sprawiając mi przy tym niewyobrażalną przyjemność. Czułam się jak w niebie... jednak postanowiłam to przerwać. Nasza rozmowa przecież jeszcze się nie skończyła.
- Kimmy, przepraszam jeszcze raz - szepnął i lekko musnął moje wargi. - Wybaczysz mi?
- Nie wiem - przyznałam cicho. - Nawet nie masz pojęcia, jak było mi ciężko.
- Zrozumiem, jeśli nie będziesz chciała mnie teraz znać - posmutniał i spuścił wzrok.
Przez kilka sekund się nie odzywałam, choć szatyn wyczekiwał odpowiedzi. Zastanawiałam się, lecz tylko krótki moment. Wiedziałam co zrobić...
- Jeśli jeszcze chociaż raz mnie tak skrzywdzisz...
- Nie! - zaprzeczył natychmiast, czym wywołał uśmiech na mojej twarzy. - Więc?
- Więc co? - spytałam i zarzuciłam ręce na jego szyję.
- Kim Crawford, zrobisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją dziewczyną? Znowu...
- Oczywiście - szepnęłam, a chwilę później znowu mnie pocałował. Wreszcie wszystko wróciło do normy…
W pewnej chwili jego ręce zsunęły się na moje pośladki, mocno je obejmując. Z pocałunkami zjechał na moją szyję, na co westchnęłam, gdyż zrobił mi dość sporą malinkę. Coś we mnie wstąpiło i jednym sprawnym ruchem pozbyłam się jego koszuli, na co w odpowiedzi nie miałam na obie bluzki. Coś czuję, że na pocałunkach się nie skończy… powoli opadłam na łóżko, a on poleciał razem ze mną. 

Muskał moją szyję, obojczyk i nieokrytą część dekoltu. Zamieniliśmy się i teraz to ja leżałam na nim. Po kilku sekundach mój stanik opadł na podłogę, a chłopak znowu dominował. Zaczął pieścić moje piersi, przez co cicho jęknęłam.

Wróciliśmy do siebie zaledwie dwie minuty temu, a już ląduję z nim w łóżku. Dla innych może się to wydać nienormalne, ale tak cholernie mi go brakowało… tego jak mnie całował, przytulał, rozśmieszał. Po prostu brakowało mi jego, na tak długo mi go zabrali… mojego Jack’a! To się już więcej nie stanie, nie pozwolę na to. Wreszcie wszystko wróciło do normy i tak ma już zostać. Na zawsze… 



Tak, wiem.. pokochacie mnie za niego <3 To ostatni obiecany dzisiaj. Trzymka i do następnej soboty. <3

Rozdział 60



Obudziłam się dzisiaj z tylko jednym zamiarem – muszę zerwać z Brody’m. Po wczorajszych wydarzeniach nie mogę z nim być, po prostu nie jestem w stanie. Czemu to ja muszę mieć takiego pecha? To już się staje monotonne. Zawsze mam pecha jeśli chodzi o chłopaków. Człowiek, którego kochałam całym sercem, perfidnie mnie oszukał. Udawał, że mu na mnie zależy, a potem rzucił… potraktował jak starą zabawkę, która mu się znudziła. Najgorsze jest to, że ciągle myślę o naszym pocałunku podczas wczorajszego balu. Tak mi tego brakowało… ale nie. To był jednorazowe i pewnie więcej się już nie powtórzy. No cóż, co było – nie wróci i muszę się w końcu z tym pogodzić. Najpierw Jack, a potem Brody… co jest ze mną nie tak?! Chyba przyciąganie nieodpowiednich facetów to moja specjalność.

Przez praktycznie cały dzień starałam się unikać Brody’ego. Na lekcjach siedziałam z Grace, lecz ciągle czułam na sobie jego wzrok… jego oraz Andersona. Parę razy odwracałam się do tyłu, gdzie zajmował miejsce obok Jerry’ego, lecz była to kwestia kilku sekund. Nie mogłam na niego patrzeć. Ciągle coś sprawiało, że mnie do niego ciągnęło. Te jego oczy, uśmiech… po prostu wszystko! Przez większość czasu miałam przed oczami nasze wspólne chwile. Gdy poznaliśmy się na stołówce, gdy walczyliśmy przeciwko sobie, gdy staliśmy się najlepszymi przyjaciółmi… gdy pierwszy raz się pocałowaliśmy. Każda chwila była magiczna i pamiętałam ją bardzo dokładnie. Nie powiem, cholernie brakuje mi tego, że ze sobą nie rozmawiamy, że nie utrzymujemy kontaktu. Może moglibyśmy zostać znowu przyjaciółmi, ale chyba nie dałabym sobie z tym rady. To by mnie przerosło, za bardzo bym cierpiała…

Nawet na przerwach nie rozmawiałam z Petersonem, cały czas siedziałam z Grace i Julią. Gdy do nas podchodził, my szłyśmy gdzieś zupełnie indziej. Niby miałam skończyć nasz związek, ale bałam się tej rozmowy… chociaż nie tylko tego.
- Kimmy, czemu mnie unikasz? – spytał szatyn, gdy chowałam książki do swojej szafki z zamiarem opuszczenia szkoły, gdyż właśnie skończyły się lekcje.
- Musimy pogadać, Brody – rzuciłam sucho i bez jakichkolwiek emocji. – Dzisiaj o szóstej u Phil’a, nie spóźnij się.
Chciałam odejść, lecz on jeszcze coś powiedział.
- A buziak na do widzenia? – uśmiechnął się chytrze i zaczął do mnie podchodzić.
- Zapomnij, frajerze! – warknęłam i odepchnęłam go od siebie.
- Coś ty taka cięta, skarbie? – zdziwił się.
- Nie skarbuj mi tutaj – syknęłam i z hukiem zamknęłam szkolną szafkę. – Po wczoraj nie masz prawa tak do mnie mówić. Na razie, przyjdź do Galerii – zakończyłam i wyszłam z budynku.

*narrator*
Wymianie zdań nastolatków przysłuchiwał się zdenerwowany Jack. Stał na schodach, więc żadne z nich nie mogło go widzieć. Nie rozumiał zachowania Kimberly, lecz w pewnym stopniu się z niego cieszył. Czyżby Brody zaprzepaścił nadaną mu szansę? A może ta cała farsa zakończyła się fiaskiem? Szatyn jeszcze tego nie wiedział, lecz postanowił podejść do Petersona.
- Co jej zrobiłeś? – warknął na wstępie. Widok roześmianej twarzy rywala zdenerwował go jeszcze bardziej. – Nie ciesz się, nie masz z czego.
- Oj, Jack, Jack, Jack – zaśmiał się. – Nie twój interes. Może jej coś zrobiłem, może nie zrobiłem, ale i tak już usnułeś sobie jakieś bezpodstawne podejrzenia. Poza tym, nie powinno cię to obchodzić, przecież z nią zerwałeś.
- Wiesz co? Nie wiem kiedy, ale bądź pewny, że pewnego dnia cię zabiję – warknął i wyminął go, a następnie również udał się do wyjścia.

*Kim*
Od około dziesięciu minut siedziałam na czerwonym fotelu u Phil’a i czekałam na Brody’ego, pijąc sok pomarańczowy. Dochodziła osiemnasta, a jego jeszcze nie było. Tak szczerze to chyba wolałabym, żeby w ogóle się nie pojawił.
- Hej, kochanie – na jego głos, aż podskoczyłam. Cały czas siedziałam tyłem do drzwi wejściowych i nie widziałam jak wchodził.
Zajął miejsce naprzeciwko mnie i czekał aż coś powiem.
- To koniec – wypaliłam beznamiętnie, spoglądając na niego. Nie zrozumiał. – Koniec z nami… z tobą i ze mną.
Zbladł. Widziałam w jego oczach wściekłość i frustrację. Czy to moja wina, że wczoraj chciał mnie siłą zaciągnąć do łóżka? No chyba raczej nie.
- Kimmy, ale jak to?! – spytał i złapał mnie za dłoń, którą trzymałam na stoliku, lecz od razu ją stamtąd zabrałam. – Ja cię kocham, daj mi szansę. Przepraszam za wczoraj, poniosło mnie! Po prostu jak pomyślałam, że… spałaś z Jack’iem – ledwo przeszło mu to przez gardło – coś we mnie pękło. To ja powinienem być na jego miejscu, zrozum… dlatego to zrobiłem.
- Człowieku, to żałosne! – prychnęłam.
- Kocham cię! – powtórzył. – Widzę po twoich oczach, że ty też kochasz mnie – no może niekoniecznie. – Nie kończ tego przez mój jeden głupi błąd, Kim!
Może on ma rację? Może nie powinnam tego robić? Poza tym… boję się. Tak, wiem. To głupie, ale naprawdę boję się zostać sama. Jack jest z Laurą, a ja nie mogłabym na nich patrzeć dzień w dzień. Ostatnie, czego wtedy potrzebowałam to samotność i musiałam to wreszcie zrozumieć.
- Dobrze, zapędziłam się – przyznałam. – Przepraszam, Brody – nawet nie wiem, czemu to powiedziałam. – Muszę już iść, pogadamy jutro.
- Nie możesz jeszcze zostać? – spytał z nadzieją.
- Pogadamy jutro, do zobaczenia – ucięłam i w pośpiechu wstałam z miejsca. Przed wyjściem odwróciłam się jeszcze i… doznałam szoku.
Dosłownie stolik przed nami siedział… Jack. Kiedy on przyszedł?! No tak… nie zauważyłam nawet wejścia Petersona, więc nie powinnam się dziwić. Przez ułamek sekundy nasze spojrzenia się spotkały, lecz szybko uciekłam. Co jeśli on słyszał naszą rozmowę i o wszystkim wie? Nie, na pewno nie… chociaż nawet gdyby to co? Przecież nic go już ze mną nie łączy.
Szybko udałam się do domu. Marzyłam tylko o tym, by móc rzucić się na łóżko…

*narrator*
Brody chwilę później również opuścił lokal, lecz został on zatrzymany przez wściekłego Andersona, który słyszał całą ich rozmowę. Już  w szkole postanowił sobie, że dzisiaj przyjdzie do Phil’a w nadziei, że dosłucha się chociaż fragmentu. Jak widać przerosło to jego najśmielsze oczekiwania.
- Stój i słuchaj – warknął.
- Czego?! – odparł mu tym samym tonem. – Śpieszę się.
- Jak ty jej mogłeś to zrobić?! – krzyknął szatyn i z całej siły uderzył Petersona pięścią. Chłopak upadł na ziemię, gdzie dostało mu się jeszcze parę razy.
- Nieładnie, kolego – mruknął ścierając krew, sączącą się z jego wargi i nosa. – Zobaczymy, co Kim na to powie.
- Pierwszy raz masz rację – skwitował i odszedł, jak gdyby nigdy nic. – Zobaczymy, co Kim na to powie…
Wiedział co zrobi i gdzie pójdzie. Już czas z tym skończyć i doskonale zdawał sobie sprawę z tego sprawę. Jeszcze dzisiaj Kimberly Crawford pozna prawdę… zasługuje na nią.

hahhaha xdd podoba się rozdział? Mam nadzieję, że tak, bo dzisiaj dostaniecie jeszcze drugi, a tam... Kick? hahaahhahahaha :D zobaczy się, ale nie obiecuję :D
To co? Od ponad dwunastu godzin mam czternaście lat, yo XD 
Do nn :*