wtorek, 24 czerwca 2014

Rozdział 64

Zakręciło mi się w głowie, musiałam usiąść, bo inaczej na pewno bym spadła. Wpatrywałam się w białą kopertę na stole bez żadnego konkretnego powodu. Może chciałam, żeby zniknęła? Może, żeby w ogóle jej nie było?
- Kim… - zmartwiony głos taty sprawił, że oprzytomniałam. Spojrzał na mnie zaniepokojony, z mojej twarzy odpłynęły wszystkie barwy. Byłam blada, blada jak ściana. – Córeczko…
- Idę do pokoju, przepraszam – wydukałam i pobiegłam na górę. Nie szedł za mną. Widział, że muszę być sama, nie chcę towarzystwa. Przemyśleć wszystko w samotności, tego mi było trzeba.
Jedyną rzeczą, na którą było mnie stać, stanowiło leżenie na łóżku i bezcelowe wpatrywanie się w sufit. Po gruntownym przeczytaniu listu od prawnika mamy, pobiegłam na górę i zamknęłam się na klucz. Nie myślałam wtedy o niczym innym, jak o potrzebie znalezienia się jak najdalej od tego wszystkiego. Moja rodzicielka chce zrujnować mi życie... mi i Benowi, który zresztą kocha tu mieszkać równie mocno co ja. Fakt, to zwykłe miasto w Delawere, nie wyróżniające się niczym szczególnym. Właściciel jednej z knajpek trzyma kozę w kuchni, uczniowie przyklejają nauczycieli do desek sedesowych, dość spora grupa dziewczyn ubiera się jak do domu publicznego, a pracownik ochrony w Galerii nie potrafi dogonić dziadka jeżdżącego na wózku, ale to właśnie jest Seaford. To jest moje Seaford, w którym się wychowałam, gdzie nauczyłam się wszystkiego... skąd tak wiele wyniosłam. Nie mogę tego zostawić, nie umiem! Tata, dom, szkoła, dojo, przyjaciele, Jack, te wspomnienia. Niekiedy dobre, niekiedy wręcz przeciwnie, lecz gdybym miała wybierać, nie zamieniłabym tego na mieszkanie w luksusowym pałacu. Za wiele by mnie to kosztowało. Więc nie mogę zostawić Seaford, bo mojej mamusi się nagle przypomniało, że ma wreszcie jakieś powinności wobec swoich dzieci, których praktycznie nie zna. Wie, że Ben gra w piłkę nożną i jest kapitanem szkolnej drużyny? Nie, nawet nie była na żadnym meczu. Wie, że mam czarny pas drugiego stopnia w karate? Zapewne nie, bo przez większość czasu odradzała mi trenowanie.

- Ten sport tylko dla chłopaków - nawet nie wiem, ile razy słyszałam ten tekst. Poddawałam się? Wręcz przeciwnie, trenowałam coraz więcej i ciężej. Chciałam udowodnić coś sobie i jej... chciałam udowodnić, że potrafię to zrobić, że jestem silna... że jednak coś potrafię osiągnąć.
Tak, Kim, bardzo mądrze, krzyczała wtedy moja podświadomość. Ja wypruwałam sobie żyły na treningach przed zawodami, gdy mieli mnie klasyfikować na czarny pas, a mama urządzała sobie mini-urlop i nawet nie wiedziała, że czekałam wtedy tylko na nią... że bez niej nie chciałam rozpocząć walki.
Leżałam na łóżku, wlepiając swój beznamiętny wzrok w sufit. Może powinnam wstać, ubrać się i wyjść gdzieś, ale najzwyczajniej w świecie nie miałam na to ochoty. Cały czas miałam przed oczami wizję siebie za parę miesięcy, może nawet tygodni, siedzącej w jakimś londyńskim domu razem z mamą i tym całym John'em od siedmiu boleści. Nie chcę tego, tak cholernie tego nie chcę. Sto razy wolałabym w tym czasie oglądać horror i chować się w opiekuńczy uścisk Jack'a, który tylko śmiałby się ze mnie, ale i tak przytulał coraz mocniej i całował w czoło. Myśl, że mogłabym stracić to wszystko, była dla mnie nie do zniesienia, sprawiła, że pierwsze łzy zaczęły nieśmiało spływać po moich policzkach. W Seaford mam przyjaciół, dom, rodzinę, szkołę i najlepszego chłopaka pod słońcem. A w Anglii? Bezduszną matkę, jej idiotycznego kochanka, miliony ludzi których nie znam i ten wkurzający akcent w ich wymowie, który kiedyś wydawał mi się całkiem uroczy... teraz przyprawia mnie o mdłości.
- Nie chcę wyjeżdżać - szepnęłam, mimo że raczej powinnam być pewna siebie. Nikt nie może mnie stąd zabrać, nikt. Nie wyjadę... nie mogę.
W pewnej chwili, ku mojemu zdziwieniu, drzwi do pokoju zaczęły się otwierać. Z zaciekawieniem uniosłam głowę znad miękkiej poduszki, oczekując widoku taty, ewentualnie Ben'a. Jednak ukazała się ostatnia osoba, której się wtedy spodziewałam.
- Cześć, mała - melodyjny głos Andersona sprawił, że miałam jeszcze większą ochotę się rozpłakać. Do rozprawy pozostały tylko dwa tygodnie! Moja mama nawet w wymiarze sprawiedliwości odnajdzie jakieś przydatne znajomości.
- No hej - odparłam cicho, ani na chwilę nie wstając z miejsca.
- Opuściłaś trening. Coś się stało? - zapytał, zamykając za sobą drzwi na klucz.
- Więcej niż bym chciała - westchnęłam ciężko, lecz zaraz na mojej twarzy pojawił się uśmiech, gdy chłopak bezceremonialnie zajął miejsce obok mnie, pozwalając bym wtuliła się w jego tors.

- Ej, Kimmy... co jest?
- Wiesz, że cię kocham, prawda? Bardzo kocham... jesteś dla mnie ogromnie ważny, nie zapominaj o tym, choćby nie wiem, co się działo. Obiecaj, że będziesz o mnie pamiętał, Jack... - słowa same wypłynęły z moich ust, nie kontrolowałam ich. Powiedziałam to, co kłębiło się w mojej głowie.
- Kim? - spojrzał na mnie zdziwiony, chwytając mnie za podbródek, zmuszając tym samym, bym spojrzała w te jego czekoladowe oczy.
- Moja matka chce zabrać mnie i Ben'a do Londynu - wypaliłam szybko, na jednym wdechu.
- Na wakacje? - zasugerował, lecz wiedziałam, że zdawał sobie sprawę, co to oznacza. Widziałam to w nim.
- Na stałe - oznajmiłam, uśmiechając się niewinnie, czym spowodowałam, że oczy szatyna stały się niewyobrażalnie wielkie. Przytulił mnie do siebie, całując w czoło. Oparłam głowę na jego klatce piersiowej, wsłuchując się w regularny rytm bicia jego serca.
- Nie - usłyszałam w jednej chwili, przez co spojrzałam na niego zdziwiona.
- Nie? - powtórzyłam za nim, jakby chcąc się upewnić, że się nie przesłyszałam.
- No nie - zaśmiał się. - Ty się nigdzie nie wybierasz, wiesz? Nie puszczę cię, za żadne skarby!
Uśmiechnęłam się mimowolnie, choć wcale nie miałam na to ochoty. Jack jest po prostu najlepszy! Chciałabym, żeby tak było już zawsze. Ja, on i nic więcej. To całe moje szczęście, bez niego tak naprawdę nie miałabym nic. Dzień, w którym trzynastoletni Jack Anderson wprowadził się do Seaford wraz z rodzicami mogę śmiało okrzyknąć najlepszym dniem w historii tego miasta. Może i wtedy należałam do Czarnych Smoków, lecz dzięki niemu przejrzałam na oczy i wstąpiłam do Bobby'ego, podejmując tym samym bardzo dobrą decyzję. Zyskałam wspaniałych przyjaciół, chłopaka, zmieniłam się... diametralnie się zmieniłam.
- Obiecujesz? - przygryzłam dolną wargę, uśmiechając się niewinnie. Wiedziałam, że nie dam się tak łatwo odebrać tacie. Póki Kim Crawford może decydować o swoim losie, Kim Crawford nigdzie się nie wybiera, nawet gdyby miała bronić się rękami i nogami.
- Obiecuję, kochanie - przyciągnął mnie do siebie i czule pocałował. Bez zastanowienia objęłam go za szyję, przyciągając bliżej. Wplotłam ręce w jego włosy, delikatnie, acz zdecydowanie pociągając za końcówki. Poczułam, że jestem tu jeszcze do czegoś potrzebna, że zanim pojadę do tego Londynu, moją mamę czekać będzie niezła wojna. Mam tatę, brata, Jack'a, przyjaciół... oni nie pozwolą, żebym wyjechała. Przynajmniej taką miałam wtedy nadzieję.
- Idziemy - zakomunikował, podnosząc się z miejsca. Spojrzałam na niego rozkojarzona, na co ten tylko się zaśmiał. - Wstawaj i chodź. Wiem, co poprawi ci humor.
Biedaczek, pewnie chce wyciągnąć mnie do dojo lub na kawę. Jeśli naprawdę chce zrobić, co mówi, będzie musiał się nieco poświęcić. Posłałam mu szeroki uśmiech, znacząco poruszając brwiami.
- Kimmy, proszę! - jęknął zrezygnowany. Chyba domyślił się, o co mi chodzi. No cóż, wiedział, na co się pisze, wchodząc w bliższe relacje z miłośniczką sklepów.
- Idziemy na zakupy - zakomunikowałam uśmiechnięta.
- Skarbie ty mój kochany, jesteś dla mnie najważniejszą osobą na świecie, ale nie wejdę z tobą do żadnego sklepu. Zapomnij.
Taaak, słodzić to on sobie może, ale najwyżej herbatę. Mnie kilkoma czułymi słówkami nie zdobędzie, oj nie. Nie wiem, czy wie, ale dwoje może grać w tę grę. chociaż ja zastosuję nieco inną taktykę.
- Misiaczku, tylko pół godziny, a potem idziemy na lody. Co ty na to?
Również wstałam z łóżka i podeszłam do chłopaka, który dalej miał nieciekawą minę. W salonie gier z Jerry'm może siedzieć całą wieczność, a z dziewczyną po sukienkę czy buty wyjść nie może? Faceci to jednak skomplikowany typ człowieka...
Objęłam go za szyję, przyciągając blisko siebie i uśmiechając się niewinnie. On odwzajemnił gest, a po chwili jego usta spoczęły na moich, podczas gdy język pieścił moje podniebienie. Ujęłam w zęby dolną wargę szatyna i pociągnęłam ją lekko, na co dało się słyszeć cichy pomruk. Wiedziałam doskonale, że jestem blisko osiągnięcia celu.
- Zawsze udaje ci się mnie przekonać - stwierdził, przenosząc swoje ręce na moje biodra. - Jeden sklep, okay? - przytaknęłam ochoczo, powstrzymując śmiech. Niech uważa, bo go posłucham. Ciężkie chwile przed nim, będzie musiał nosić moje torby.
- To mi na pewno poprawi humor - odparłam, całując go ostatni raz.

Poprzedni rozdział był jakiś czas temu, ale mam nadzieję, że ten jest jakąś małą rekompensatą. Następny postaram się dodać niedługo, ale nic nie obiecuję. Obecnie jestem w trakcie przekonywania mamy, żeby puściła mnie pod namiot ze znajomymi xd TAAK, te wakacje BĘDĄ GENIALNE♥
PS. Rezygnuję z bloga o NCIS :D mam nadzieję, że nikomu nie sprawiłam tym przykrości, choć i tak nikt go nie czytał :) W zamian mam nowy, podobna tematyka, tym razem o FBI. Kilka pomysłów ściągniętych jest z NCIS, ale zapewniam... to będzie całkiem co innego. Zwiastun jest, bohaterowie też. Możecie się z nich dowiedzieć co nie co, bo dodałam też kilka kwestii, które pojawią się w opowiadaniu.
Łapcie link :*
Love is my answer to your hatred
Lexi ♥

sobota, 7 czerwca 2014

Rozdział 63



Obudziłam się dopiero po dziesiątej. Choć to i tak dobrze, zważywszy na to, że z imprezy wróciłam grubo po północy. Eddie nie poszedł z nami, dostał szlaban za swoje niskie oceny. Milton i Julia opuścili klub przed jedenastą.
- Jutro idziemy do muzeum, musimy być wyspani. Otwierają nową wystawę z czasów paeolitu! - ekscytował się Krupnick. Prawdę mówiąc, kompletnie nie wiem czym.
Jedynie ja z Jack'iem, Grace i Jerry'm zmęczenie odczuliśmy dopiero po drugiej w nocy. Co jak co, ale... byłam zła na swojego chłopaka. No dobra, nie tyle na niego, co na tabun lasek ciągle rozbierających go w myślach. Przez większość czasu czułam na sobie nienawistny wzrok jakiejś tlenionej lalki, gdy szatyn ze mną tańczył, rozmawiał, całował mnie lub po prostu znajdował się w pobliżu! Miałam tego dość i szybko chciałam wyjść, lecz Jack mi na to nie pozwolił. Gdy usłyszał uwagę typu "jak taki przystojny chłopak może być z taką zwykłą blondi", postanowił zareagować. Odciągnął mnie od tamtej dziewczyny, chyba miała na imię Susan, uśmiechając się przy tym z politowaniem.
- Jakiś problem, dziewczyny?
- Skarbie, nie słyszysz? Ta piosenka jest świetna! Zatańczymy? - spytała przesłodzonym głosem, na co on przewrócił teatralnie oczami. Miała nadzieję, że dobiegły go wcześniejsze słowa. Cóż, myliła się.
- Wspaniały pomysł - stwierdził.
Ku jej wielkiemu zaskoczeniu, Jack chwycił moją dłoń i pociągnął mnie na parkiet, przez co wybuchłam śmiechem i zarzuciłam ręce na jego szyję. Przyciągnął mnie do siebie, gwałtownie łącząc nasze usta. Czułam, jak się uśmiecha. Nie widziałam Susan, lecz mogłabym przysiąc, że zrobiła się czerwona ze złości.
- Nie przejmuj się nią - szepnął mi do ucha. - Ani żadną inną, rozumiesz? - pokiwałam twierdząco głową, przygryzając dolną wargę. Uśmiechnął się szyderczo, zmniejszając odległość między nami do minimum.
- Czemu tak patrzysz? - zdziwiłam się, kładąc prawą dłoń na jego ramieniu.
- Nie masz ochoty stąd wyjść? - zapytał, na co lekko musnęłam jego usta i odsunęłam się w tył.
- Wolę potańczyć - mruknęłam, chwytając jego ręce ulokowane na moich biodrach i łącząc je z moimi. Chłopak uśmiechnął się i mocno do siebie przytulił. Przy nim stawałam się najprawdziwszą  księżniczką... bezpieczną, kochaną i uwielbianą do granic możliwości.

Uniosłam powoli powieki, rozglądając się po pokoju. Promienie majowego słońca wdzierały się do jego wnętrza, rozświetlając bladoniebieskie ściany. Rozejrzałam się dookoła i zamrugałam kilka razy. Swój wzrok przeniosłam na Jack'a, który spał sobie smacznie obok, obejmując mnie w talii jedną ręką. Nie, do niczego między nami nie doszło, po prostu został na noc. Tata musiał wyjechać w kilkudniową delegację, więc na dwie doby zostałam sama z Benem. Uśmiech mimowolnie wkradł się na moją twarz. Andreson wyglądał strasznie słodko, ale też... niezwykle pociągająco. Jego puszyste włosy rozrzucone były po większej części poduszki, a tradycyjny seksowny uśmiech nawet podczas snu nie przestawał mu towarzyszyć.
W pewnej chwili zacisnął lekko powieki, by sekundę potem móc otworzyć oczy. Zamiast wstać i się ubrać, chłopak zacisnął swój uścisk, przysuwając mnie jeszcze bliżej siebie.
- Witam panią - mruknął prosto w moje ramię, przy okazji składając na nim pocałunek i uśmiechając się.
Jak to możliwe, że jeden człowiek potrafi tak wiele zmienić w życiu? Kiedyś było ono nijakie, po prostu monotonne. Wraz z jego przeprowadzką do Seaford zyskałam najlepszego przyjaciela, ale też najwspanialszego chłopaka pod słońcem. Chciałabym, żeby tak było zawsze. Zero zmartwień, przeszkód, problemów... tylko my, nikt więcej.
- Dzień dobry - szepnęłam i uśmiechnęłam się w jego kierunku, a zaraz potem podniosłam do pozycji siedzącej, jednocześnie chwilowo ograniczając mu możliwość muskania mojej szyi.
Ale, jak wspominałam, tylko chwilowo, gdyż niemal od razu po tym szatyn zrobił to samo, zatapiając swoje aksamitne usta w moich. Jego język udał się w podróż w bardzo dobrze znany mu obszar, który stanowiło moje podniebienie. Dłuższą chwilę później zszedł nieco niżej, przy okazji kładąc się na mnie i podpierając jedną ręką. Ja z kolei oplotłam go nogami w pasie, przez co nie zmieściłaby się między nami zwykła kartka papieru.
Cicho westchnęłam, gdy zaczął muskać mój dekolt, który w niewielkiej części zakrywała dość skąpa noszona przeze mnie bluzka, tej nocy posługująca mi jako piżama.
- Jack... - szepnęłam, gdy zorientowałam się, że już praktycznie jej na sobie nie mam.
- Chcesz, żebym przestał? - spytał, przerywając wykonywaną czynność.
Odpowiedź była dosyć prosta. Wtedy chciałam jedynie, by dokończył to, co zaczął.
- Nigdy - zaprzeczyłam, mrużąc oczy i uśmiechając się, na co natychmiast zareagował. Straciłam nad sobą kontrolę, co zresztą zdarzało się bardzo często, gdy przebywałam z Andersonem sam na sam. Nie kontrolowałam się, to było za trudne. Pozwalałam więc przejąć mu kontrolę nad całą sobą... nad umysłem, ale też nad ciałem.

Jednak, tym razem, nie trwało to długo. Do mojego pokoju bez zapowiedzi wparował tata. Zobaczywszy nas w takiej sytuacji, otworzył usta ze zdziwienia i nerwowo zmarszczył brwi. Nie trzeba być Sherlockiem Holmes'em, żeby wywnioskować, że nie jest zadowolony. Na jego widok natychmiast od siebie odskoczyliśmy. Całe szczęście, że do niczego nie doszło! Chociaż było blisko... a tata mógł sobie pomyśleć co innego. Przecież Jack był w samych bokserkach, a jego ubrania leżały koło łóżka, tak samo jak mój T-shirt.
- Yyy... dzień dobry, proszę pana? - zaczął chłopak niepewnie. Nie wiedział, co ma powiedzieć, ja zresztą też nie.
- Hej, tatoo - zapiszczałam, uśmiechając się sztucznie. Zlustrował nas wzrokiem, najwięcej uwagi poświęcając szatynowi. Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że chciał go udusić na odległość. Gdyby takie coś było możliwe, Jack'a nie byłoby na tym świecie.
- Za pięć minut w salonie - rzucił sucho i zniknął w drzwiach, a my popatrzyliśmy na siebie zdezorientowani. Bez słowa zaczęliśmy się ubierać. Jack założył wcześniejsze ubrania, czyli ciemne rurki, czerwoną koszulę w czarną kratę i tego samego koloru skate'y. Dlaczego on, nie dość, że jest nieziemsko przystojny i zbudowany, to jeszcze ma genialny styl? Ubiera się chyba najlepiej ze wszystkich chłopaków, jakich znam!
- Mogę wyjść przez okno? - zapytał w końcu, gdy zarzuciłam na siebie satynowy szlafrok. - Twój ojciec mnie zabije!
- Jeśli zabierzesz mnie ze sobą - odparłam zrezygnowana, chwytając go za dłoń i ciągnąc na dół. Kiedy stawiliśmy pierwsze kroki w salonie, od razu spotkaliśmy się z surowym wyrazem twarzy mężczyzny. Bałam się, bo doskonale wiedziałam, jak ta rozmowa będzie wyglądać dalej. Niby jesteśmy jeszcze za młodzi, żeby ze sobą sypiać - na pewno powiedział by podobne słowa. Fakt, mamy po siedemnaście lat, choć Jack już niedługo osiemnaście, ale przecież oboje mamy świadomość swoich czynów.
- Proszę pana, ja chciałbym... - zaczął Anderson, lecz niedane mu było dokończyć.
- Mógłbyś wyjść? Mam coś do wyjaśnienia z moją córką, to bardzo ważne - mruknął, przez co jeszcze bardziej się przestraszyłam. Dużo pewniej czułabym się w obecności Jack'a.
- Umm... oczywiście. Wpadnę później - powiedział. Nie chcąc denerwować mojego taty jeszcze bardziej, jedynie pocałował mnie w policzek i opuścił dom.
Gdy zostałam z nim sam na sam, nerwowo przestąpiłam z nogi na nogę, wlepiając wzrok w podłogę. Mimo że na niego nie patrzyłam, wręcz czułam na sobie ten przenikliwy wzrok.
- Kimmy... nie po to wracałem wcześniej z delegacji, żeby zastać cię w łóżku z Jack'iem.
Nie musiał nic więcej mówić, był zły. Bardzo zły, zdawałam sobie z tego sprawę. Jednakże jego kolejne słowa zaskoczyły mnie… i to bardzo.
- Ale mam nadzieję, że jesteście na tyle odpowiedzialni, żeby uważać. Może nie powinienem, ale… ufam ci, kochanie – uśmiechnęłam się przez to, co usłyszałam. Dałabym sobie uciąć rękę, że gdyby stała przede mną mama, dostałabym szlaban i zakaz widywania się z chłopakiem przez najbliższy rok.  – Tylko jakbyście mogli się od tego powstrzymać, kiedy ja, albo Ben jesteśmy w domu! – jęknął, starając się być poważnym, lecz nie specjalnie mu nie wyszło. - Przecież ty... a Jack to... no, przecież wy nie powinniście jeszcze... a poza tym... - jego wypowiedź była mocno zagmatwana. Widać, że nie jest specjalistą od tego typu rozmów, skoro nawet nie wie od czego zacząć. - Zabezpieczajcie się chociaż, okay?! Jestem za młody, żeby niańczyć wnuki!
Skrzywiłam się, robiąc wielkie oczy. Sama nie wiem, czy z zaskoczenia jego słowami, czy z brakiem pomysłu na odpowiedź ze swojej strony. Jedyne na co było mnie stać to dziwne przekrzywienie wargi i przewrócenie oczami. Czy on naprawdę myśli, że jestem na tyle nieodpowiedzialna, żeby zaliczyć wpadkę?!
- Bądź spokojny, takie coś się nie powtórzy! – zaprzeczyłam szybko, czując, że moje policzki mocno poczerwieniały.
Coś mi jednak nie pasowało, tata dalej był jakiś dziwny. Wiem na pewno, że już nie chodzi o sprawę ze mną i Jack’iem… więc jaki jest tego powód?
- Coś nie tak? – spytałam, na co moim oczom ukazała się koperta. Zwykła, biała, otwarta koperta, której zawartość sekundę później mogłam przeczytać. Nie zajęło to długo, gdyż po pierwszych zdaniach odłożyłam ją na pobliski regał.
- Nie zgadzam się – wypaliłam bez zastanowienia. – Nie zgadzam się, nie zgadzam się, nie zgadzam się! – powtarzałam to kilka razy, jakby w nadziei, że to przyniesie jakiś rezultat… że to okaże się tylko głupią pomyłką.
- Przykro mi, Kim – dobiegł mnie smutny głos ojca. – Niestety, widzisz, do czego to doszło. Wasza matka chce mi was odebrać i zabrać do Londynu…

Nudne i nijakie, ale zapewniam, że niedługo zrobi się fajnie XD Przepraszam, że musieliście tak długo czekać, ale musiałam się za siebie wziąć. Poprawiłam się już z czterech przedmiotów, bądźcie ze mnie dumni XDD ale tak na poważnie. Postanowiłam, że ograniczę nieco liczbę blogów. Niedługo kończę ten o Miami i poprawczaku, a na jego miejsce wskakują trzy nowe.
Także zostaje mi ten oraz:
taak.. a więc "ja to ogarnę". XDD
mam nadzieję, że znajdę jakiś czytelników :)
Do następnego rozdziału ♥
Lexi.